top of page
Hero_1_edited.jpg

Aktorka, pisarka, felietonistka, reżyserka,  twórczyni autorskiego Teatru Na Dole.
 

"Kreacje, które stworzyła Szczepkowska" "każą myśleć, jak zagadkową, jak tajemniczą sprawą jest wielkie aktorstwo. W pewnym sensie wielki aktor jest istotą bezcielesną. Nie chodzi o to, że nie ma ciała. Ma, oczywiście, ale robi z nim coś takiego, że to ciało przestaje istnieć, jako materialny przedmiot."

— pisał Jerzy Niecikowski

Najbliższe wydarzenia

Z aktualnego repertuaru Joanny Szczepkowskiej

Separatka

Reżyseria: Joanna Szczepkowska

Obsada: Dorota Landowska, Joanna Szczepkowska

pelcia-4-2.jpg

czwartek, 25 czerwca 2026

Częstochowa

ADHD i inne cudowne zjawiska

Reżyseria: Joanna Szczepkowska

Obsada: Joanna Szczepkowska, Hanna Konarowska-Nowińska / Anna Jarosik

pelcia-4-2.jpg

niedziela, 19 lipca 2026

Warszawa

Pelcia, czyli jak żyć, żeby nie odnieść sukcesu

Reżyseria: Joanna Szczepkowska

Obsada: Jan Jurkowski, Joanna Szczepkowska

pelcia-4-2.jpg

piątek, 24 lipca 2026

Janowo

Goła Baba

Reżyseria: Agnieszka Glińska

Obsada: Joanna Szczepkowska

pelcia-4-2.jpg

niedziela, 26 lipca 2026

Janowo

Twórczość

Dziewczynka w okularach.webp
Myjąca szyby.webp
3577.webp
3553snet.webp
Kawiarenka.webp
Średniowiecze.webp

 Po raz pierwszy zdecydowała się na upublicznienie swoich rysunków w 2000 roku. Wykorzystała je w zbiorze felietonów „Drugie podwórko”. Delikatne niczym pajęczyna, w sposób aluzyjny odwoływały się do treści poszczególnych tekstów, lub stanowiły rodzaj dyskretnego ozdobnika. Taki był początek artystycznej przygody, która z czasem przerodziła się w autentyczną pasję.
     Rysunki Joanny Szczepkowskiej przyciągają wzrok wyrafinowaną prostotą i czystością formy. Wizualnie urodziwe, działają na wyobraźnie, prowokują do rozszyfrowania treści zapisanych na nieskazitelnej bieli papieru nieomylną czarną kreską. Nie szuka wielkich tematów, odnajduje je w codzienności. Bohaterami jej rysunków są zwykli ludzie przeżywający swe małe lub wielkie dramaty. Anonimowi przychodnie, w tajemniczy sposób wyróżniający się z tłumu, ludzie z marginesu. Z natury jest ogromnie wrażliwa, przepełniona uczuciem empatii, stąd jej Pijacy i Menele są pełni życia, radośni; nie budzą odrazy, ale sympatię.
     Niektóre wątki prowokują do kolejnych opracowań. Tak, więc powraca wizerunek bezdomnego skrzypka. Przejmująca w swej wymowie metafora losu zagubionych, zapomnianych artystów… Postacie są zazwyczaj pozbawione atrybutów; autorka wprowadza je, kiedy uzna, że ich obecność buduje dramaturgię. Taką rolę pełni śmietnik, miseczka na jałmużnę i filiżanka stojąca na atrapie kawiarnianego stolika.
     Większość prezentowanych na wystawie rysunków, ma formę otwartą. Giętka, pewnie prowadzone linia jedynie częściowo wydobywa zarys postaci. Ale potrafi też zapętlić się w miękki celnie zdefiniowany kształt. Spotkamy również przykłady kompozycji budowanych przy użyciu krótkich odcinków pospiesznie położonej ekspresyjnej kreski.
     Nie budzi zdziwienia fakt, że wszechstronnie uzdolniona i wciąż poszukująca nowych form wypowiedzi autorka, po długim okresie fascynacji rysunkiem, sięgnęła po kolor. Obrazy zostały zrealizowanie w ciągu trzech minionych lat przy użyciu techniki komputerowej. Graficznie czysty rysunek zastąpiła zróżnicowaną plamą koloru, położonego cienką matową warstwą lub gęstniejącego do emalierskich połysków. Eksperymentuje poszerzając zakres rozwiązań formalnych. Próbuje wypowiedzi w różnych konwencjach. Bywa oszczędna jak w moim ulubionym Swetrze, lub szczelnie na zasadzie horror vacui- zapełnia cały prostokąt kompozycji sylwetkami barwnie ubranych bywalców kawiarni.
     Znacznie poszerzyła i wzbogaciła zakres inspirujących ją tematów. Zaczyna rozwijać je w cykle. Warto w tym miejscu wspomnieć intrygującą serię prac, do której należy zaliczyć Ciało oraz jego powiększone do nadnaturalnych rozmiarów fragmenty- Usta i Ucho. W szeregu prac wykorzystuje fotografię ( m.in. trzy Autoportrety).

— Maria T. Krawczyk

3725snet.webp
Sylwetka tyłem.webp
Pijak-red.webp
Walizka.webp
Menele3699snet.webp

Publicystyka

Osobiste zapiski, obserwacje codzienności i komentarze autorstwa Joanny Szczepkowskiej

WYSOKIE OBCASY nr 32 dodatek do Gazety Wyborczej nr 191, wydanie waw z dnia 16/08/2008 FELIETON, str. 8

Jak kobieta z kobietą

To było rok temu. Nigdy nie zwierzałam się z naszej miłości - Serge nie zniósłby szumu, który towarzyszy nawet najżyczliwszym plotkom, dlatego żyliśmy w cieniu, marząc o domu na osobności. Musiało minąć kilka lat, żebym zrozumiała, że można żyć i pracować, nie obijając się po mieście, nie cierpiąc z powodu toksyn wszechobecnej zawiści, że można po prostu kupić niewielki dom, z którego widać morze, i stąd wysyłać to, co wypracowało się wieczorami. Życie z cudzoziemcem nad polskim morzem też wydawało mi się czymś dziwacznym, dopóki nie otwarto granic.

- Jak mogliście jej to zrobić! - staliśmy na brzegu morza, za nami stał nasz nowy dom. - Jak możecie mówić o morzu "to". Morze jest kobietą. La mer... - dodał Serge z takim westchnieniem, jakby mówił o kochance. Rzeczywiście. Mówimy o morzu w rodzaju nijakim i nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest kobietą. Dopiero teraz, kiedy...

- Wykąpiesz się? - zapytał Serge, zdejmując buty.

- Nie. U nas woda jest zimna. Bardzo zimna.

- Woda jest gorąca. Bardzo gorąca - odpowiedział Serge, wchodząc do morza jak lunatyk. Wtedy pierwszy raz spojrzałam na morze jak na kobietę. La mer była spokojna, przyjazna jak każda kobieta przy pierwszym spotkaniu, kiedy chce zawładnąć mężczyzną na dłużej. Była zimna jak lód, ale udawała gorącą tak dobrze, że Serge nie chciał słyszeć o wyjściu z wody.

- Ona jest groźna. Zimna i niebezpieczna - powiedziałam, ale Serge przy kolacji przez cały czas mówił o urodzie la mer i wzruszał ramionami, kiedy mówiłam:

- Jutro będzie sztorm. Ostrzegali w radiu.

- Nie będzie żadnego sztormu - spojrzał na mnie jak na żałośnie zazdrosną kobietę, a potem poszedł spać. Kiedy się obudziliśmy, la mer była piękna i spokojna. Serge wyszedł bez słowa, a ja zostałam, patrząc przez okno, jak zaczepiają go drobne fale, jak on tam się z nimi zaśmiewa. Spojrzałam w gazetę, gdzie wyraźnie zapowiadano sztorm. Ale w moim oknie widać było spokojną, radosną, zalotną wodę i szczęśliwego Serge'a. Kiedy wrócił do domu, padł na łóżko jak pijany. Nawet mi to odpowiadało, bo rano chciałam popisać, więc położyłam się do łóżka i zamknęłam oczy. I wtedy la mer pokazała prawdziwą twarz. Sztorm zaczął się nagle i był tak głośny, jakby zamontowano tu głośniki. Woda piętrzyła się takim hukiem, że nie mogłam zasnąć do rana. Suka. Kiedy kobiety walczą o mężczyznę, to jest to walka na śmierć i życie, i tak naprawdę nie o niego chodzi, tylko o smak zwycięstwa. Prawda, la mer? Obudziłam Serge'a i poszliśmy razem na plażę. Był zdziwiony, kiedy zażądałam miłości na piasku. Woda pociemniała, przycichła. Poczułam się na tyle silna, żeby popływać razem z Serge'em.

- Tak, milutka jest ta woda... - tyle zdążyłam powiedzieć, kiedy fala nas rozdzieliła i piasek zaczął osuwać mi się spod nóg. Serge nic nie widział i nie słyszał zajęty przeskakiwaniem fal. La mer ściągała mnie na dno jak magnes. Dziwka. Kiedy ostatkiem sił wyszłam na brzeg, nie oglądając się za siebie, wróciłam do domu i odtąd już tylko przez szybę patrzyłam, jak Serge wchodzi w la mer, chociaż sprawiało mu to coraz więcej trudu, bo ona przestała już udawać łagodną. Oczywiście, że mogłam sprzedać ten dom. Namówić Serge'a, żeby zamieszkał ze mną na przykład w górach. Jeszcze miałam nad nim tyle władzy, ale nie zrobiłam tego.

Pewnego dnia spakowałam walizkę i kiedy Serge tam z nią szalał, napisałam krótko: "Nie zobaczymy się już nigdy".
Tak, biedna la mer. Zostawiłam ci Serge'a, ponieważ jak każda kobieta też jestem nieprzewidywalnym żywiołem. Nie zniosę świadomości, że mieszkając ze mną w górach, będzie tęsknił za tobą. Zostawiam ci go po to, bo żyjąc przy tobie w poczuciu, że zawsze może spodziewać się sztormu, skrycie i rozpaczliwie będzie tęsknił za mną. Zostawiam cię sam na sam z mężczyzna mojego życia, bo przecież nie chodzi o niego. Słodki jest smak zemsty. My, kobiety, znamy się tak dobrze... Podrzucanie Serge'em od jednej fali do drugiej bez świadomości, że patrzę na to przez szybę, to już nie ta sama przyjemność. Prawda, la mer?

WYSOKIE OBCASY nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 251, wydanie waw z dnia 25/10/2008 FELIETON, str. 8

Mhm

Wymawia się to tak: pierwsza głoska przedostaje się raczej przez nos i przypomina króciutkie mruknięcie. Nie angażujemy okolic gardła, tylko możliwości akustyczne wibracji nasady nosa, krótko zresztą, bo pierwsze "m" jest potrzebne na ułamek sekundy, raczej jako tłok do wypchnięcia strumyczka powietrza przy wymawianiu głoski "h". Przy "h" jak przy "m" nie angażujemy gardła ani warg. Głoska "h" jest raczej wydmuchiwana niż wypowiadana, tak jakbyśmy oczyszczali nos z niewielkiego kataru. Głoska "h" trwa równie krótko jak pierwsze "m", można powiedzieć, że przefruwa przez ułamek sekundy, żeby usiąść na dźwięku, do którego dążymy, a mianowicie do drugiego, przedłużonego "mmm". Warto dodać, że pierwsze zgłoski są wypowiadane beznamiętnie, bez żadnych modulacji - pierwsze jako mruknięcie, drugie jako westchnienie, ale żadna z nich nie ma melodii sugerującej jakiś stan bądź stosunek do rozmówcy. Cała siła leży w melodii drugiego, przedłużonego "mmm". Jego droga zaczyna się w okolicach nasady języka, angażuje receptory jamy ustnej, dźwięk rozlewa się jak rzeka w całej jamie ustnej, a potem wpływa do nosa, powodując wibrację nozdrzy. Dźwięk trwa dowolnie długo, ale melodia powinna iść zawsze ku górze, tak jak robimy to przy pytaniach. A więc jeśli przedłużoną głoskę "mmm" traktujemy jak kilka głosek "m" złączonych razem, to ostatnie "m" powinno być znacznie wyższe od pozostałych, mimo że intencją nie jest zadanie pytania. Wznosząca się melodia "m" ma na celu sugestię, że jesteśmy spokojni, współczujący i otwarci na rozmowę. Jeśli np. rozmówca mówi: "Pan powiedział, że ta sieć internetowa jest niezawodna, wykupiłam najdroższy abonament, a tu nic nie działa", odpowiadamy najpierw krótkimi "mhm, mhm, mhm", a potem długim "mhmmm...?" - dając do zrozumienia, że jesteśmy gotowi na dalsze żale. W trakcie dalszej przemowy wtrącamy "mhm..." z coraz większą częstotliwością.

Przykład:

- Mój internet nie działa ani w domu, ani w podróży, a miał działać...

- Mhm, mhm, mhm...

- ...przez co straciłam pieniądze, czas, pracę...

- Mhmmm...?

- A tak, pracę, ponieważ...

- Mhm, mhm, mhm...

- ...kilkakrotnie zawaliłam termin.

- Mhmmm...?

- Nie mówiąc już o dodatkowych kosztach telefonów takich jak ten.

- Mhm, mhm, mhm...

- Proszę mi powiedzieć, czy to nie jest czyste złodziejstwo?

- Mhmmm...?

Bardzo ważne jest, żeby modulacja głosu przy każdym "mhm" była identyczna. Mówiący nie może dać sygnału, że poza zrozumieniem poszczególnych słów ogarnia go jakiś rodzaj współczucia, i nawet jeśli usłyszymy: "Ja jestem bliska zawału, rozumie pan?", "mhm, mhmmmm..." nie może stracić spokojnej melodii. Jest to przecież właśnie uspokajacz, rodzaj terapii dźwiękowej, którą dysponuje człowiek zdrowy psychicznie w rozmowie z frustratem.

Kariera "mhm" jest oszałamiająca. Zastąpiło ono zbędny wysiłek tłumaczenia się z czegokolwiek.
I jakże to piękne! Czy tu ktoś jest arogancki? Czy polemizuje z nieuczciwością, choćby chodziło o jego własną nieuczciwość? Czy nie wykazuje pełnego zrozumienia dla przytłaczającej bezwzględności rynku wobec konsumenta? Czy nie jest otwarty na wysłuchanie bolączek i dramatów wynikających z tego, że jego rozmówca padł ofiarą oszustwa?

"Mhmmm" jest zaczerpnięte z najlepszych źródeł - było używane od wieków w rozmowach trudnych, na które ktoś decyduje się po latach w zwierzeniach, rozdrapywaniu zadawnionych blizn czy wyjawianiu grzechów. "Mhm" było przyzwoleniem na taką rozmowę - być wysłuchanym to przecież wielka ulga. Teraz "mhm" jak wszystkie świętości zostało przechwycone przez techniki manipulacyjne.

Ale dosyć żartów. Słuchajcie wszyscy, którzy posługujecie się "mhmmm". Jesteście rozszyfrowani. Poddajcie się. Manipulowanie za pomocą "mhm" będzie wychwytywane i karane z mocą prawa i z całą niesprawiedliwością. Na wszelkie monity i odwołania odpowiedź będzie krótka i zmieści się w trzech spokojnych głoskach, które są odpowiedzią na wszystko.

WYSOKIE OBCASY nr 48 dodatek do Gazety Wyborczej nr 291, wydanie waw z dnia 13/12/2008 FELIETON, str. 8

Przechodzień

Ten chłopiec szedł wolno, jakby się nad czymś zastanawiał, aż dokładnie w połowie ekranu osunął się na ziemię. Po drodze, w tym krótkim czasie, kiedy go widziałam, kamera zdążyła jeszcze zobaczyć kilku takich jak on, już leżących na ziemi i pewnie już bez życia. Chłopiec miał ręce związane do tyłu, a jego sylwetka była trochę zgięta - być może poprzez to spętanie, być może przez strach albo w jakimś ostatnim obronnym odruchu, jakby miał nadzieję, że ochraniając twarz i brzuch, ochroni życie przed strzałem w tył głowy. Jego twarz przez te kilka sekund była widoczna tylko z profilu, ale i tak nie umiem zapomnieć zaciśniętych powiek i strugi potu, który spływał mu z czoła.

Chłopak miał nie więcej niż 18 lat i już nie będzie mieć więcej.
Krótka migawka reportażowa nie pokazała jego śmierci, tylko ostatnie sekundy konwoju, a kamera zaczepiła oko akurat na nim, a nie na kilku jego towarzyszach, którzy szli w tym samym niewielkim szeregu. Robił kilka ostatnich kroków w życiu i miał zamknięte oczy. Wyglądał trochę tak, jakby intensywnie próbował znaleźć w sobie jakąś myśl porządkującą to wszystko, jakby przełamując panikę, chciał na te ostatnie kilka sekund wydorośleć. Nie znam jego imienia ani narodowości. Nie pamiętam nawet okoliczności tego reportażu, zdaje się, że chodziło o zbrodnie Radovana Karadżicia w związku z jego procesem. Tysiące, setki tysięcy takich migawek dostarcza nam telewizja. Ujęcie za ujęciem, jak fotografie rzucane na stół jedna na drugą w poszukiwaniu najciekawszej. Migawka z tym chłopcem skazanym doraźnie na śmierć też miała być skazana na śmierć - jednodniowa kariera bezimiennego skazańca.

Żeby napisać ten tekst, odczekałam kilka miesięcy. Przez ten czas widziałam niejedną taką migawkę, niejeden wybuch na ulicy, zamach na przechodniów, atak terrorystów, ludzi na pokrwawionych noszach, patrzących ostatni raz w kamerę. Myślałam więc, że tamten chłopak zniknie mi z pamięci jak inne migawki. A jednak nie. Przynajmniej raz dziennie przechodzi mi przez głowę spocony, z zaciśniętymi oczami, nagle dorosły, próbujący zrozumieć samego siebie. Tyle ostatnio mówimy o pomnikach - że za dużo, zbyt symboliczne albo zbyt dosłowne...

Czy nie jest tak, że nasza pamięć, nasza podświadomość stawia czasem bezpłatny pomnik tylko na własny użytek? Myślę, że w moim wypadku właśnie to się stało. Nic nie mogę dla tego chłopca zrobić poza tym, żeby nie wyprzeć z pamięci tych jego ostatnich kroków. Żeby nie przyznać sobie prawa do beztroski, nie chcąc się narazić na częste pytanie: "A dlaczego pani taka smutna?".

Bywam smutna, bo noszę w sobie tego chłopaka i jego skupioną twarz. Zresztą nie zawsze bywam smutna. Przyjęłam ten obraz do siebie, żeby ten chłopak żył. Bo niezależnie od tego, że nic o nim nie wiem, jego ostatnią szansą była tamta kamera. I kiedy szedł z nią krok w krok, może przeszło mu przez myśl, że zostanie przynajmniej na taśmie. Ale migawki spadają z pamięci tak szybko jak każdy gorący reporterski temat. Często zastanawiam się, dlaczego właśnie on zatrzymał się na zawsze w mojej głowie. I wiem już na pewno, że nie chodzi mi o wstrząsający obraz zbrodni Karadżicia, nie o obraz ludobójstwa, który powinnam mieć w sobie jak każdy współczesny człowiek.

Ja nie chcę, żeby ten chłopiec stał się migawkowym symbolem. Mnie chodzi tylko o niego. O jego rodziców, pasję, dziewczynę, o jego piłkę, o jego rower. Nie chcę, nie umiem pogodzić się z tym, że on zginął. I nie uznaję szeregowości jego śmierci. Ja sobie jego śmierć wybrałam tak, jak wybiera się afrykańskie dziecko, którego adopcja na odległość jest skutecznym zaspokojeniem sumienia. Adoptuję obraz tego chłopca, obciążam się pamięcią o nim i smutkiem po nim. Czy pomnik musi być z kamienia? Czy nie możemy budować pomników ruchomych, ludzi z twarzą pozbawioną piętna geniuszu? Migawki filmowe na ekranach zawieszonych na murach miasta też mogłyby być pomnikami. A jeśli nie, to przynajmniej można budować je w głowie. Właściwie nawet budować nie trzeba. Wystarczy nie niszczyć.

Wersja mobilna jest
w budowie.

Pracujemy nad tym, aby nasza strona na smartfonach wyglądała idealnie. Obecnie pełna zawartość jest dostępna wyłącznie na komputerach.

Zapraszamy przed ekran PC lub do włączenia opcji „Wersja na komputer” w ustawieniach Twojej przeglądarki mobilnej.

Organizacja spektakli: fundacja@joannaszczepkowska.pl

bottom of page