Ten chłopiec szedł wolno, jakby się nad czymś zastanawiał, aż dokładnie w połowie ekranu osunął się na ziemię. Po drodze, w tym krótkim czasie, kiedy go widziałam, kamera zdążyła jeszcze zobaczyć kilku takich jak on, już leżących na ziemi i pewnie już bez życia. Chłopiec miał ręce związane do tyłu, a jego sylwetka była trochę zgięta - być może poprzez to spętanie, być może przez strach albo w jakimś ostatnim obronnym odruchu, jakby miał nadzieję, że ochraniając twarz i brzuch, ochroni życie przed strzałem w tył głowy. Jego twarz przez te kilka sekund była widoczna tylko z profilu, ale i tak nie umiem zapomnieć zaciśniętych powiek i strugi potu, który spływał mu z czoła.
Chłopak miał nie więcej niż 18 lat i już nie będzie mieć więcej.
Krótka migawka reportażowa nie pokazała jego śmierci, tylko ostatnie sekundy konwoju, a kamera zaczepiła oko akurat na nim, a nie na kilku jego towarzyszach, którzy szli w tym samym niewielkim szeregu. Robił kilka ostatnich kroków w życiu i miał zamknięte oczy. Wyglądał trochę tak, jakby intensywnie próbował znaleźć w sobie jakąś myśl porządkującą to wszystko, jakby przełamując panikę, chciał na te ostatnie kilka sekund wydorośleć. Nie znam jego imienia ani narodowości. Nie pamiętam nawet okoliczności tego reportażu, zdaje się, że chodziło o zbrodnie Radovana Karadżicia w związku z jego procesem. Tysiące, setki tysięcy takich migawek dostarcza nam telewizja. Ujęcie za ujęciem, jak fotografie rzucane na stół jedna na drugą w poszukiwaniu najciekawszej. Migawka z tym chłopcem skazanym doraźnie na śmierć też miała być skazana na śmierć - jednodniowa kariera bezimiennego skazańca.
Żeby napisać ten tekst, odczekałam kilka miesięcy. Przez ten czas widziałam niejedną taką migawkę, niejeden wybuch na ulicy, zamach na przechodniów, atak terrorystów, ludzi na pokrwawionych noszach, patrzących ostatni raz w kamerę. Myślałam więc, że tamten chłopak zniknie mi z pamięci jak inne migawki. A jednak nie. Przynajmniej raz dziennie przechodzi mi przez głowę spocony, z zaciśniętymi oczami, nagle dorosły, próbujący zrozumieć samego siebie. Tyle ostatnio mówimy o pomnikach - że za dużo, zbyt symboliczne albo zbyt dosłowne...
Czy nie jest tak, że nasza pamięć, nasza podświadomość stawia czasem bezpłatny pomnik tylko na własny użytek? Myślę, że w moim wypadku właśnie to się stało. Nic nie mogę dla tego chłopca zrobić poza tym, żeby nie wyprzeć z pamięci tych jego ostatnich kroków. Żeby nie przyznać sobie prawa do beztroski, nie chcąc się narazić na częste pytanie: "A dlaczego pani taka smutna?".
Bywam smutna, bo noszę w sobie tego chłopaka i jego skupioną twarz. Zresztą nie zawsze bywam smutna. Przyjęłam ten obraz do siebie, żeby ten chłopak żył. Bo niezależnie od tego, że nic o nim nie wiem, jego ostatnią szansą była tamta kamera. I kiedy szedł z nią krok w krok, może przeszło mu przez myśl, że zostanie przynajmniej na taśmie. Ale migawki spadają z pamięci tak szybko jak każdy gorący reporterski temat. Często zastanawiam się, dlaczego właśnie on zatrzymał się na zawsze w mojej głowie. I wiem już na pewno, że nie chodzi mi o wstrząsający obraz zbrodni Karadżicia, nie o obraz ludobójstwa, który powinnam mieć w sobie jak każdy współczesny człowiek.
Ja nie chcę, żeby ten chłopiec stał się migawkowym symbolem. Mnie chodzi tylko o niego. O jego rodziców, pasję, dziewczynę, o jego piłkę, o jego rower. Nie chcę, nie umiem pogodzić się z tym, że on zginął. I nie uznaję szeregowości jego śmierci. Ja sobie jego śmierć wybrałam tak, jak wybiera się afrykańskie dziecko, którego adopcja na odległość jest skutecznym zaspokojeniem sumienia. Adoptuję obraz tego chłopca, obciążam się pamięcią o nim i smutkiem po nim. Czy pomnik musi być z kamienia? Czy nie możemy budować pomników ruchomych, ludzi z twarzą pozbawioną piętna geniuszu? Migawki filmowe na ekranach zawieszonych na murach miasta też mogłyby być pomnikami. A jeśli nie, to przynajmniej można budować je w głowie. Właściwie nawet budować nie trzeba. Wystarczy nie niszczyć.