top of page

Zacznę bez wstępów. To jest trudne zwierzenie, ale już nie mam siły. Jestem bita. Jestem bita od wielu lat, a mój prześladowca dopada mnie w miejscach publicznych. Może po prostu opiszę ostatni przypadek. Szłam sobie ulicami pewnego miasta w jednej z jego najpiękniejszych dzielnic. Miałam czas, mogłam pochodzić, popatrzeć, postać i pomyśleć. No więc tak sobie szłam, poddając się urokowi maleńkich ulic i niezliczonych kawiarni i restauracji. Wreszcie weszłam do jednej z nich szczęśliwa, że jest tam pusto i cicho. Właścicielka natychmiast poderwała się na mój widok, ale zamiast podejść do mnie, wybiegła na zaplecze. Usiadłam przy niewielkim stoliku, oparłam się o stare krzesło i nagle... znowu mnie dopadł i uderzył. W głowę. Bez uprzedzenia To, co poczułam, to nie był tylko ból. To rodzaj porażenia, silny prąd, wstrząs całego organizmu, ciemność przed oczami. Dlatego dopiero po chwili mogłam zidentyfikować to coś, czym zostałam uderzona. Nic nowego. Jak zwykle tym czymś była tępa, rytmiczna, głośna muzyka. Każdy jej cios trafiał w środek głowy. Nade mną wisiał głośnik, z którego torturowano mnie czymś w rodzaju UMS UMS UMS. Jako osoba znokautowana wstałam od stolika z trudnością i tak trochę jakby za mgłą widziałam zdziwioną właścicielkę kawiarni, która nie rozumiała pewnie, czemu wpadłam na tak krótko. Kiedy zataczając się, szłam wąską uliczką, spotkałam pewnego uroczego starszego pana, którego nie widziałam od lat, a który najwyraźniej chciał sobie z kimś pogadać. Weszliśmy więc do kolejnej kawiarni, zamówiliśmy po kawie, starszy pan pochylił się ku mnie, bo nie słyszał najlepiej... I nagle trach! Dostaliśmy oboje. Tym razem tuż nad nami puszczono audycję z awanturą kilku polityków. Walili w nas na odlew to w jedno, to w drugie ucho. Przesiedzieliśmy przy kawie w posępnym milczeniu. Przed wyjazdem z tego miasta musiałam odwiedzić kilka sklepów. W każdym z nich rozsadzano mi czaszkę nachalnymi, głupawymi piosenkami. Chcąc dojechać do dworca, zatrzymałam taksówkę. Pierwszą rzeczą, którą zrobił taksówkarz po włączeniu silnika, było włączenie radia, które tłukło mnie po uszach równomiernie i rytmicznie wiązankami reklam. Kiedy wróciłam do domu, postanowiłam poszperać w internecie, żeby sprawdzić, jak dalece problem ogłuszania jest uznany za istotny. Jest uznany. Na temat hałasu jako problemu dla zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychicznego napisano niezliczoną ilość artykułów. Powstają całe mapy hałasu, monitoringi hałasu w trosce o nasz narząd słuchu, ale większość dotyczy skutków ruchu ulicznego. Oto niektóre cytaty: "Hałas uszkadza struktury ucha wewnętrznego", "Narastające dźwięki powoli kruszą narząd słuchu i pozbawiają nas zdolności słyszenia hałasu", "Hałas jest przeważnie współwinny nadmiernych wahań ciśnienia krwi, wydzielania nadmiaru soków żołądkowych i nawet zaburzeń hormonalnych. Powoduje zarazem nadmiar napięć systemu nerwowego i psychicznego, zakłóca równowagę psychiczną, mnoży poczucie niepokoju, rozdrażnienia". Tak. Nasze uszy, hormony i ciśnienie są poddawane torturom. Ale czy ktoś zastanowił się nad tym, że sprawa sięga znacznie głębiej? Że pierwszym odruchem w pomieszczeniach publicznych jest spowodowanie zagłuszenia myśli i rozmów? Że jesteśmy pozbawiani indywidualności poprzez przymus wspólnego słuchania tych samych dźwięków? Gdybyśmy żyli w jakimś reżimie, można by wyobrazić sobie, że jest to działanie świadome. Po prostu niewolnik nie powinien myśleć, ogłusza się więc go dźwiękiem, tak jak upija się wódką. Ale w warunkach wolności - co leży u podstawy ogłuszania? Prawa rynku? Ale dlaczego klient głuchy i głupi jest lepszy od klienta zdolnego do wymiany zdań? Te i inne pytania proszę traktować jako rodzaj prośby. Bo przecież nie chodzi o zakazy. Nie o to, żeby wpisać do konstytucji zakaz tępej muzyki w miejscach publicznych. Nie. Chodzi tylko o to, żeby nie tłuc po głowie. Bo to po prostu strasznie boli.


PS Przedsiębiorczym radzę zająć się produkcją płyt z ciszą. Moim zdaniem pójdą jak woda.


JOANNA SZCZEPKOWSKA

Ofiara przemocy

WYSOKIE OBCASY nr 36 dodatek do Gazety Wyborczej nr 211, wydanie waw z dnia 09/09/2006 FELIETON, str. 8
bottom of page