
Aktorka, pisarka, felietonistka, reżyserka, twórczyni autorskiego Teatru Na Dole i internetowego Teatru Pudło, który utworzyła w okresie pandemii i izolacji. Wielokrotnie nagradzana za kreacje aktorskie.
"Kreacje, które stworzyła Szczepkowska" "każą myśleć, jak zagadkową, jak tajemniczą sprawą jest wielkie aktorstwo. W pewnym sensie wielki aktor jest istotą bezcielesną. Nie chodzi o to, że nie ma ciała. Ma, oczywiście, ale robi z nim coś takiego, że to ciało przestaje istnieć, jako materialny przedmiot."
— pisał Jerzy Niecikowski
Najbliższe wydarzenia
Z aktualnego repertuaru Joanny Szczepkowskiej
czwartek, 28 maja 2026
Gostynin
poniedziałek, 15 czerwca 2026
Warszawa
wtorek, 16 czerwca 2026
Warszawa
Twórczość






Po raz pierwszy zdecydowała się na upublicznienie swoich rysunków w 2000 roku. Wykorzystała je w zbiorze felietonów „Drugie podwórko”. Delikatne niczym pajęczyna, w sposób aluzyjny odwoływały się do treści poszczególnych tekstów, lub stanowiły rodzaj dyskretnego ozdobnika. Taki był początek artystycznej przygody, która z czasem przerodziła się w autentyczną pasję.
Rysunki Joanny Szczepkowskiej przyciągają wzrok wyrafinowaną prostotą i czystością formy. Wizualnie urodziwe, działają na wyobraźnie, prowokują do rozszyfrowania treści zapisanych na nieskazitelnej bieli papieru nieomylną czarną kreską. Nie szuka wielkich tematów, odnajduje je w codzienności. Bohaterami jej rysunków są zwykli ludzie przeżywający swe małe lub wielkie dramaty. Anonimowi przychodnie, w tajemniczy sposób wyróżniający się z tłumu, ludzie z marginesu. Z natury jest ogromnie wrażliwa, przepełniona uczuciem empatii, stąd jej Pijacy i Menele są pełni życia, radośni; nie budzą odrazy, ale sympatię.
Niektóre wątki prowokują do kolejnych opracowań. Tak, więc powraca wizerunek bezdomnego skrzypka. Przejmująca w swej wymowie metafora losu zagubionych, zapomnianych artystów… Postacie są zazwyczaj pozbawione atrybutów; autorka wprowadza je, kiedy uzna, że ich obecność buduje dramaturgię. Taką rolę pełni śmietnik, miseczka na jałmużnę i filiżanka stojąca na atrapie kawiarnianego stolika.
Większość prezentowanych na wystawie rysunków, ma formę otwartą. Giętka, pewnie prowadzone linia jedynie częściowo wydobywa zarys postaci. Ale potrafi też zapętlić się w miękki celnie zdefiniowany kształt. Spotkamy również przykłady kompozycji budowanych przy użyciu krótkich odcinków pospiesznie położonej ekspresyjnej kreski.
Nie budzi zdziwienia fakt, że wszechstronnie uzdolniona i wciąż poszukująca nowych form wypowiedzi autorka, po długim okresie fascynacji rysunkiem, sięgnęła po kolor. Obrazy zostały zrealizowanie w ciągu trzech minionych lat przy użyciu techniki komputerowej. Graficznie czysty rysunek zastąpiła zróżnicowaną plamą koloru, położonego cienką matową warstwą lub gęstniejącego do emalierskich połysków. Eksperymentuje poszerzając zakres rozwiązań formalnych. Próbuje wypowiedzi w różnych konwencjach. Bywa oszczędna jak w moim ulubionym Swetrze, lub szczelnie na zasadzie horror vacui- zapełnia cały prostokąt kompozycji sylwetkami barwnie ubranych bywalców kawiarni.
Znacznie poszerzyła i wzbogaciła zakres inspirujących ją tematów. Zaczyna rozwijać je w cykle. Warto w tym miejscu wspomnieć intrygującą serię prac, do której należy zaliczyć Ciało oraz jego powiększone do nadnaturalnych rozmiarów fragmenty- Usta i Ucho. W szeregu prac wykorzystuje fotografię ( m.in. trzy Autoportrety).
— Maria T. Krawczyk





Publicystyka
Osobiste zapiski, obserwacje codzienności i komentarze autorstwa Joanny Szczepkowskiej
WYSOKIE OBCASY nr 32 dodatek do Gazety Wyborczej nr 191, wydanie waw z dnia 16/08/2008 FELIETON, str. 8
Jak kobieta z kobietą
To było rok temu. Nigdy nie zwierzałam się z naszej miłości - Serge nie zniósłby szumu, który towarzyszy nawet najżyczliwszym plotkom, dlatego żyliśmy w cieniu, marząc o domu na osobności. Musiało minąć kilka lat, żebym zrozumiała, że można żyć i pracować, nie obijając się po mieście, nie cierpiąc z powodu toksyn wszechobecnej zawiści, że można po prostu kupić niewielki dom, z którego widać morze, i stąd wysyłać to, co wypracowało się wieczorami. Życie z cudzoziemcem nad polskim morzem też wydawało mi się czymś dziwacznym, dopóki nie otwarto granic.
- Jak mogliście jej to zrobić! - staliśmy na brzegu morza, za nami stał nasz nowy dom. - Jak możecie mówić o morzu "to". Morze jest kobietą. La mer... - dodał Serge z takim westchnieniem, jakby mówił o kochance. Rzeczywiście. Mówimy o morzu w rodzaju nijakim i nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest kobietą. Dopiero teraz, kiedy...
- Wykąpiesz się? - zapytał Serge, zdejmując buty.
- Nie. U nas woda jest zimna. Bardzo zimna.
- Woda jest gorąca. Bardzo gorąca - odpowiedział Serge, wchodząc do morza jak lunatyk. Wtedy pierwszy raz spojrzałam na morze jak na kobietę. La mer była spokojna, przyjazna jak każda kobieta przy pierwszym spotkaniu, kiedy chce zawładnąć mężczyzną na dłużej. Była zimna jak lód, ale udawała gorącą tak dobrze, że Serge nie chciał słyszeć o wyjściu z wody.
- Ona jest groźna. Zimna i niebezpieczna - powiedziałam, ale Serge przy kolacji przez cały czas mówił o urodzie la mer i wzruszał ramionami, kiedy mówiłam:
- Jutro będzie sztorm. Ostrzegali w radiu.
- Nie będzie żadnego sztormu - spojrzał na mnie jak na żałośnie zazdrosną kobietę, a potem poszedł spać. Kiedy się obudziliśmy, la mer była piękna i spokojna. Serge wyszedł bez słowa, a ja zostałam, patrząc przez okno, jak zaczepiają go drobne fale, jak on tam się z nimi zaśmiewa. Spojrzałam w gazetę, gdzie wyraźnie zapowiadano sztorm. Ale w moim oknie widać było spokojną, radosną, zalotną wodę i szczęśliwego Serge'a. Kiedy wrócił do domu, padł na łóżko jak pijany. Nawet mi to odpowiadało, bo rano chciałam popisać, więc położyłam się do łóżka i zamknęłam oczy. I wtedy la mer pokazała prawdziwą twarz. Sztorm zaczął się nagle i był tak głośny, jakby zamontowano tu głośniki. Woda piętrzyła się takim hukiem, że nie mogłam zasnąć do rana. Suka. Kiedy kobiety walczą o mężczyznę, to jest to walka na śmierć i życie, i tak naprawdę nie o niego chodzi, tylko o smak zwycięstwa. Prawda, la mer? Obudziłam Serge'a i poszliśmy razem na plażę. Był zdziwiony, kiedy zażądałam miłości na piasku. Woda pociemniała, przycichła. Poczułam się na tyle silna, żeby popływać razem z Serge'em.
- Tak, milutka jest ta woda... - tyle zdążyłam powiedzieć, kiedy fala nas rozdzieliła i piasek zaczął osuwać mi się spod nóg. Serge nic nie widział i nie słyszał zajęty przeskakiwaniem fal. La mer ściągała mnie na dno jak magnes. Dziwka. Kiedy ostatkiem sił wyszłam na brzeg, nie oglądając się za siebie, wróciłam do domu i odtąd już tylko przez szybę patrzyłam, jak Serge wchodzi w la mer, chociaż sprawiało mu to coraz więcej trudu, bo ona przestała już udawać łagodną. Oczywiście, że mogłam sprzedać ten dom. Namówić Serge'a, żeby zamieszkał ze mną na przykład w górach. Jeszcze miałam nad nim tyle władzy, ale nie zrobiłam tego.
Pewnego dnia spakowałam walizkę i kiedy Serge tam z nią szalał, napisałam krótko: "Nie zobaczymy się już nigdy".
Tak, biedna la mer. Zostawiłam ci Serge'a, ponieważ jak każda kobieta też jestem nieprzewidywalnym żywiołem. Nie zniosę świadomości, że mieszkając ze mną w górach, będzie tęsknił za tobą. Zostawiam ci go po to, bo żyjąc przy tobie w poczuciu, że zawsze może spodziewać się sztormu, skrycie i rozpaczliwie będzie tęsknił za mną. Zostawiam cię sam na sam z mężczyzna mojego życia, bo przecież nie chodzi o niego. Słodki jest smak zemsty. My, kobiety, znamy się tak dobrze... Podrzucanie Serge'em od jednej fali do drugiej bez świadomości, że patrzę na to przez szybę, to już nie ta sama przyjemność. Prawda, la mer?
WYSOKIE OBCASY nr 38 dodatek do Gazety Wyborczej nr 227, wydanie waw z dnia 27/09/2008 FELIETON, str. 8
Do Kingi Preis
Kingo. Kiedy zobaczyłam wywiad z Tobą w "Wysokich Obcasach", odłożyłam lekturę na czas, gdy nic oprócz czytania nie zawróci mi głowy. Tylko lampa, herbata i rozmowa z aktorką, którą zachwycam się od lat, która zawsze mnie zaskakuje, która emanuje z ekranu czymś czystym i ludzkim nawet wtedy, kiedy gra szpetne dusze. Tytuł "Marzę o reklamie" trochę mnie zdziwił, ale gdybym była reklamodawcą, natychmiast po tym wywiadzie zaproponowałabym Ci reklamę czegokolwiek, bo przecież w reklamie o wiarygodność chodzi... "Skoro ona, taka wrażliwa, daje swoją twarz, to już naprawdę musi być dobre..." I wszystko byłoby super, gdybym nie doszła do ostatniego akapitu. "Irytuje mnie ta część środowiska, która wystąpienie w reklamie nazywa prostytucją. Pachnie mi to hipokryzją, zwłaszcza że ci najbardziej pryncypialni w końcu w reklamie lądują... Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy".
Nigdy nie nazwałam tego prostytucją, ale trzy razy konsekwentnie odmówiłam reklamy, więc jako przedstawicielka hipokrytów muszę się nad tym zatrzymać. Gdybyś nazwała nas idealistami, konserwatystami, infantylnymi ciotkami rewolucji, które wygrażają parasolką, itd., itd. (wyobraźnia aż furczy od tego, jak można obśmiać takich, co mówią "nie" wielkim pieniądzom), byłoby OK. Masz prawo polemizować z tymi, którzy nie rozumieją znaków czasu, którzy być może po prostu ulegają fobiom, które należy im uświadomić. Reklama jest stara jak Nowy Świat, ale też dyskusja wokół komercji - "być czy mieć" - ma swoje lata i nie załatwi tego zdanie: "W zarabianiu pieniędzy nie ma nic złego". Zdaniem takim mogłaby się posłużyć również jedna Mariolka z luksusowego hotelu w Krakowie i miałaby rację, zwłaszcza że wychowuje samotnie dziecko i w ogóle jest urocza, a nawet przejmująca. Jednak zawód pani Mariolki starszy niż reklama jest i będzie moralnie dwuznaczny, i nie chciałabym doczekać czasów, kiedy stanie się jednoznaczny w tę lub inną stronę. Za wszystko się płaci - za zarabianie dużych pieniędzy też. Ja to widzę tak: sztuka to sztuka, handel to handel. Sztuka jest obszarem duchowej wolności. Jeśli reklamujesz towar swoją twarzą, to tym samym wchodzisz w całą siatkę prawną dotykającą konkurencji. A więc jeśli utożsamiasz się publicznie z jednym kefirem, to już nie wolno Ci się utożsamić z innym. Już jesteś ich. Trzy razy podchodzono mnie w sprawie reklamy i za każdym razem to "mieliby mnie" właśnie zadecydowało, że zarabiam tylko tym, co sama zrobię. Dziś podoba mi się takie auto, a jutro inne i mogę sobie tym zachwytem wytatuować całe ciało. Strasznie mnie ta "hipokryzja" ubodła. Hipokryta to ktoś nieszczery. Ale nieszczerość musi mieć jakiś cel. A jaki jest cel nieszczerości tych "niereklamujących"? Otóż niegranie w reklamach - że tak powiem, "publiczne niegranie", czyli jakiś sąd o tym - kosztuje znacznie więcej, niż myślisz.
To nie tylko utrata dużych pieniędzy, to także izolacja w środowisku.
Taki ktoś jest niewygodny, psuje humor zyskany w dobrobycie i w zdrowym stosunku do pieniądza. Takiego kogoś najchętniej widziałoby się, jak klęka przed reklamodawcą i błaga o drugi plan w reklamie. Takiego kogoś omija się z uśmieszkiem politowania jak każdego łagodnego wariata. Takiego kogoś po prostu się wymiksowuje, bo przeszkadza.
Kingo. Czy jeśli zagrasz w reklamie, staniesz się gorszą artystką? Ani trochę. Niegranie w reklamach też nie jest gwarancją rozwoju zawodowego. Więc o co chodzi? Chodzi o to, żeby się nie obrażać wzajemnie. Żeby robić swoje tak, jak się czuje, i nie nazywać się ani prostytutkami, ani hipokrytami. Tak jak Tobie "niereklamowanie" pachnie hipokryzją, tak komuś może reklama pachnieć czymś tak obcym, że się nie sprzeda nigdy i za żadną cenę. Różne są dziwadła na tym świecie. A swoją drogą, jaka ciekawa byłaby rola kobiety, która boryka się z życiem, stoi przed możliwością zarobienia w reklamie, a jednak nie robi tego. I nie wyobrażam sobie w takiej roli innej aktorki, bardziej wiarygodnej niż Ty, Kingo.
WYSOKIE OBCASY nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 251, wydanie waw z dnia 25/10/2008 FELIETON, str. 8
Mhm
Wymawia się to tak: pierwsza głoska przedostaje się raczej przez nos i przypomina króciutkie mruknięcie. Nie angażujemy okolic gardła, tylko możliwości akustyczne wibracji nasady nosa, krótko zresztą, bo pierwsze "m" jest potrzebne na ułamek sekundy, raczej jako tłok do wypchnięcia strumyczka powietrza przy wymawianiu głoski "h". Przy "h" jak przy "m" nie angażujemy gardła ani warg. Głoska "h" jest raczej wydmuchiwana niż wypowiadana, tak jakbyśmy oczyszczali nos z niewielkiego kataru. Głoska "h" trwa równie krótko jak pierwsze "m", można powiedzieć, że przefruwa przez ułamek sekundy, żeby usiąść na dźwięku, do którego dążymy, a mianowicie do drugiego, przedłużonego "mmm". Warto dodać, że pierwsze zgłoski są wypowiadane beznamiętnie, bez żadnych modulacji - pierwsze jako mruknięcie, drugie jako westchnienie, ale żadna z nich nie ma melodii sugerującej jakiś stan bądź stosunek do rozmówcy. Cała siła leży w melodii drugiego, przedłużonego "mmm". Jego droga zaczyna się w okolicach nasady języka, angażuje receptory jamy ustnej, dźwięk rozlewa się jak rzeka w całej jamie ustnej, a potem wpływa do nosa, powodując wibrację nozdrzy. Dźwięk trwa dowolnie długo, ale melodia powinna iść zawsze ku górze, tak jak robimy to przy pytaniach. A więc jeśli przedłużoną głoskę "mmm" traktujemy jak kilka głosek "m" złączonych razem, to ostatnie "m" powinno być znacznie wyższe od pozostałych, mimo że intencją nie jest zadanie pytania. Wznosząca się melodia "m" ma na celu sugestię, że jesteśmy spokojni, współczujący i otwarci na rozmowę. Jeśli np. rozmówca mówi: "Pan powiedział, że ta sieć internetowa jest niezawodna, wykupiłam najdroższy abonament, a tu nic nie działa", odpowiadamy najpierw krótkimi "mhm, mhm, mhm", a potem długim "mhmmm...?" - dając do zrozumienia, że jesteśmy gotowi na dalsze żale. W trakcie dalszej przemowy wtrącamy "mhm..." z coraz większą częstotliwością.
Przykład:
- Mój internet nie działa ani w domu, ani w podróży, a miał działać...
- Mhm, mhm, mhm...
- ...przez co straciłam pieniądze, czas, pracę...
- Mhmmm...?
- A tak, pracę, ponieważ...
- Mhm, mhm, mhm...
- ...kilkakrotnie zawaliłam termin.
- Mhmmm...?
- Nie mówiąc już o dodatkowych kosztach telefonów takich jak ten.
- Mhm, mhm, mhm...
- Proszę mi powiedzieć, czy to nie jest czyste złodziejstwo?
- Mhmmm...?
Bardzo ważne jest, żeby modulacja głosu przy każdym "mhm" była identyczna. Mówiący nie może dać sygnału, że poza zrozumieniem poszczególnych słów ogarnia go jakiś rodzaj współczucia, i nawet jeśli usłyszymy: "Ja jestem bliska zawału, rozumie pan?", "mhm, mhmmmm..." nie może stracić spokojnej melodii. Jest to przecież właśnie uspokajacz, rodzaj terapii dźwiękowej, którą dysponuje człowiek zdrowy psychicznie w rozmowie z frustratem.
Kariera "mhm" jest oszałamiająca. Zastąpiło ono zbędny wysiłek tłumaczenia się z czegokolwiek.
I jakże to piękne! Czy tu ktoś jest arogancki? Czy polemizuje z nieuczciwością, choćby chodziło o jego własną nieuczciwość? Czy nie wykazuje pełnego zrozumienia dla przytłaczającej bezwzględności rynku wobec konsumenta? Czy nie jest otwarty na wysłuchanie bolączek i dramatów wynikających z tego, że jego rozmówca padł ofiarą oszustwa?
"Mhmmm" jest zaczerpnięte z najlepszych źródeł - było używane od wieków w rozmowach trudnych, na które ktoś decyduje się po latach w zwierzeniach, rozdrapywaniu zadawnionych blizn czy wyjawianiu grzechów. "Mhm" było przyzwoleniem na taką rozmowę - być wysłuchanym to przecież wielka ulga. Teraz "mhm" jak wszystkie świętości zostało przechwycone przez techniki manipulacyjne.
Ale dosyć żartów. Słuchajcie wszyscy, którzy posługujecie się "mhmmm". Jesteście rozszyfrowani. Poddajcie się. Manipulowanie za pomocą "mhm" będzie wychwytywane i karane z mocą prawa i z całą niesprawiedliwością. Na wszelkie monity i odwołania odpowiedź będzie krótka i zmieści się w trzech spokojnych głoskach, które są odpowiedzią na wszystko.
.jpg)

