top of page

Wpatrzona w czubki swoich butów szłam po warszawskiej ulicy, a moje myśli krążyły wokół Kacpra. Pożyczyłam mu dużą sumę pieniędzy i właśnie tego dnia obraził się na mnie śmiertelnie. Już od dwóch lat nie odpowiadał na telefony, nie pisał śmiesznych karteczek. Postanowiłam odwiedzić go niespodziewanie, żeby odzyskać przynajmniej przyjaźń. Idąc jak zawsze z opuszczoną głową obijałam się o przechodniów, ulica z każdą minutą robiła się szersza, jaśniejsza... gorący piasek parzył mi stopy... i tak doszłam do plaży na Costa Brava. Wiatr osłaniał mnie od upału, łagodna fala zbliżała się do czubków palców... i wtedy usłyszałam pisk opon. Jakiś samochód zatrzymał się kilka centymetrów ode mnie. Uciekając przed ponurymi spojrzeniami przechodniów schroniłam się w kawiarni. Tam przy stoliku pod oknem siedział Piotr. Pochylony nad gazetą, w tym swoim odwiecznym sweterku, okrągłych okularkach, w chustce związanej w tyle głowy miętosił w ręku nie zapalonego papierosa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Piotr... nie żyje. Umarł na zawał dwa lata temu. Spóźniłam się na jego pogrzeb, a idąc za trumną wpatrzona w czubki swoich butów doszłam do plaży na Costa Brava i ocknęłam się, kiedy już było po wszystkim.


Był fotografem. Nigdy nie widziałam jego zdjęć, za to latami krążył wokół tematu i wtedy zapominał o bożym świecie. To właśnie nas łączyło. Często przeczesywaliśmy razem miasto szukając zgubionego dowodu, paszportu, czeków bankowych... Wytrząsaliśmy z kieszeni zaległe rachunki telefoniczne zapisane fragmentami wierszy. Chodziliśmy po urzędach tłumacząc, że światło i gaz są nam niezbędne, a opłaty wypadły nam z pamięci, bo krążyliśmy wokół innych tematów. W żadnym wypadku nie chcemy oszukać państwa prawa - jesteśmy tylko w pewnym sensie niepełnosprawni... Niestety. Bezlitośnie wyłączano nam telefony, a w naszych mieszkaniach bywało ciemno i zimno jak w jaskini. Pewnego dnia Piotr chwycił się za serce i umarł, o czym dowiedziałam się w przelotnej rozmowie panicznie szukając torebki na wystawie psów rasowych. A teraz Piotr siedział w kawiarni z gazetą w ręku. Rozwiązanie nasuwało się samo: On po prostu nie zauważył, że nie żyje. Z roztargnienia. Nie można krążyć i jednocześnie zajmować się własnym pulsem.


- Blada jesteś - powiedział przysiadając się do mojego stolika.


- No jak... tam? - zapytałam i nie było to pytanie zdawkowe...


- Krążę. A co ty porabiasz?


- Spieszę się - powiedziałam zrywając się z miejsca. - Idę do Kacpra.


- Do Kacpra?... Przecież Kacper nie żyje... Od dwóch lat! Spóźniłaś się na jego pogrzeb, potem uciekłaś gdzieś myślami i zostawiliśmy cię samą na środku cmentarza. Kobieto! Na jakim świecie ty żyjesz!


A więc to Kacper nie żyje... A ja przez dwa lata żyłam w świecie opuszczonym przez Piotra, w którym Kacper bawił się za moje pieniądze. Żyłam w świecie, który nie istnieje, a jednak jadłam, piłam, budziłam się co rano jak wszyscy.


Co chcę przez to powiedzieć? Że świat ludzi roztargnionych rządzi się prawami innego wymiaru i nie możemy podlegać prawom ustalonym dla świata realnego. Nie można od ludzi, dla których maj trwa czasem pięćdziesiąt dni a styczeń dziesięć, wymagać terminowych opłat. My, którzy otwieramy telewizor telefonem, a rozmawiamy przez pilota, którzy gotujemy na kolację skarpetki zamiast parówek i wchodzimy do autobusu z koszem pełnym śmieci, jesteśmy poszkodowani przez naturę i obarczanie naszych i tak nadszarpniętych nerwów obowiązkiem posiadania dowodów osobistych, paszportów, kwitów wszelakiego rodzaju jest przejawem nietolerancji i znieczulicy władz na mniejszości dotknięte przez los. Rząd dałby dowód prawdziwie humanitarnych idei, gdyby powołał do życia np. fundację stypendialną dla "krążących". Zwolniłoby to nas z obowiązku pracy, co jest o tyle zasadne, że przez liczne niedopatrzenia tamujemy funkcjonowanie państwa. Postuluję niniejszym uznanie nas za obywateli wyjątkowej troski.


W przeciwnym wypadku noszę się z myślą założenia partii politycznej, która będzie bronić praw swojej mniejszości. Wdamy się w prace parlamentu całym sercem. Będziemy sortować dokumenty, liczyć głosy i pilnować porządku. W ten sposób, wpatrzeni w czubki swoich butów na drodze do wszechstronnego rozwoju, dojdziemy na Costa Brava. Może będę się starać o fotel prezydenta. Na razie krążę wokół tematu... *

O prawa dla roztargnionych

WYSOKIE OBCASY nr 17 dodatek do Gazety Wyborczej nr 171, wydanie waw z dnia 24/07/1999 - 25/07/1999 , str. 40
bottom of page