PRÓBA GŁOSU
Kolega szkolny spotkany po latach jest czymś w rodzaju lustra. Przyglądamy się mu uważnie, śledząc objawy przemijania, których nie umiemy dostrzec we własnym odbiciu. Jeżeli nawet dzięki lepszemu losowi porównanie wypada na naszą korzyść, to jednak w przerzedzonych włosach, zgarbionych plecach i pożółkłych zębach kolegi kryje się prawda. A on, patrząc na naszą ambitnie lśniącą skórę, także tę prawdę widzi. I w jego zmęczonych oczach pokazują się małe iskierki.
Często nie poznajemy go od razu - ktoś przygląda się nam uporczywie, na jego twarzy pojawia się lekki uśmieszek, podchodzi blisko, trochę za blisko, a potem niepewnie wymawia nasze imię albo szkolny pseudonim: "Mucha?", "Nochal?", "Pineska?". Z początku, nie pamiętając, że byliśmy "Pineską", myślimy, że mamy do czynienia z wariatem, odsuwamy się od natręta, ale on nie daje za wygraną. Nie może odejść nierozpoznany, taka klęska będzie graniczyć ze wstrętem do samego siebie. I w końcu z opuchniętej twarzy i podsiniałych oczu obcego mężczyzny pamięć zaczyna lepić ostre rysy "Motyla" albo "Jajcarza". Trzeba wtedy ukryć przerażenie. Na ogół daremnie, bo on i tak wie, jak wygląda, a jego uśmiech oznacza: "A co ty myślisz, że lepsza jesteś? Mnie nie oszukasz...".
Tak właśnie było. Łysawy, w kusym płaszczu, z teczką biznesmena trzeciej kategorii stał przede mną "Spinoza". Najlepszy. Nieosiągalny. Szczyt marzeń. Nawet nie próbował walczyć z moją pamięcią - postał chwilę z niepewnym uśmiechem, a potem wyszeptał słowo, na dźwięk którego wszystkim dziewczynom, nie wyłączając nauczycielki biologii, uginały się kolana. Głupio musiałam wyglądać z wytrzeszczonymi oczami, znieruchomiała na środku ulicy. Stałam przed tym odrzutkiem losu jak... jak kiedyś na widok "Spinozy". Pośrodku korytarza szkolnego z przeklętym rumieńcem na twarzy, za mała, za gruba, za głupia. A teraz nie mogłam się oprzeć pewnej grze, którą uprawiam czasami wobec niespodzianek losu. Niepostrzeżenie dla reszty ulicy stałam się tamtą dziewczynką. Trzynastoletnimi oczami patrzyłam na "Spinozę", który, wygładzając nerwo-wo spłowiałe ubranie, pyta: "Czy nie przeszkadzam?".
- Nie tylko nie przeszkadza, ale z przyjemnością przyj-dę na kawę. Na obiad? Oczywiście. Żona się ucieszy? Nie mogę się doczekać. Mieszkanie nieduże. Ma dwóch synów. No to cześć. Cześć. Patrzyłam na zgarbione plecy "Spinozy" znikającego wśród przechodniów. Nagle odwrócił się, podszedł do mnie i powiedział:
- Acha... jeden z moich synów jest niepełnosprawny. Cześć.
A więc to tak dokonał się zakręt w życiu "Spinozy". Być może jednego dnia szeroka droga skończyła się przepaścią. Tak, trzynastoletnia poczwarko, nie wszystkie bajki kończą się dobrze.
Drzwi otworzył mi chłopak na wózku.
- Rodziców jeszcze nie ma, ale proszę do środka. Kawę, herbatę czy może sok? - Kawę - powiedziałam, a on śmignął do kuchni jak po torze wyścigowym. Kiedy wrócił uśmiechnięty, z tym błyskiem w oku, w którym odbija się żywy strumień życia, w świetle korytarza zobaczyłam tamtego "Spinozę". Oczywiście. To był kropka w kropkę ten sam chłopak: wściekle inteligentny, otwarty na świat, wpatrzony w najwyższą poprzeczkę. Jeździł po mieszkaniu, zabawiając mnie opowieściami o atmosferze na swoich zawodach sportowych, na wydziale chemii, pojawiał się za chwilę w drzwiach kuchni, próbując danie, które wymaga "szczególnej staranności". Byłam wsłuchana, rozbawiona, kiedy do pokoju wszedł "Spinoza" z żoną, kobietą o nieodwracalnych śladach zmęczenia. Już w drzwiach, bez nadziei w głosie zapytali:
- A młodszy?
Wtedy zdałam sobie sprawę, że w tym pokoju jeszcze ktoś siedzi. Na wyleniałej kanapie oparty głową o poduszki, z nogami wyciągniętymi bezwładnie bawił się jakimś sznurkiem chłopak, może szesnastoletni.
- I tak godzinami - powiedziała żona "Spinozy" - żadnych planów, zainteresowań, nawet dzień dobry nie powie. Dyskoteka - kanapa. Kanapa - dyskoteka. Taki los. Usiedliśmy do obiadu, a starszy podsuwał nam lepsze kąski z ugotowanej przez siebie potrawy. Młodszy bawił się sznurkiem na kanapie, wyciągając rękę po talerz. Kiedy wychodziłam od "Spinozy", przyjrzeliśmy się sobie po raz ostatni.
- Nie narzekam - powiedział - mam dom, wspaniałego syna, tylko z tym młodszym dramat. No cóż, nie można mieć wszystkiego *
Żyrafa
Zawsze chciałam to zrobić. Zawsze. I zawsze chciałam to zrobić w tym sklepie na dole.
Bo tam, między skrzynkami z cebulą i stosem selerów, siedzi nieopisanie gruba kobieta, która sięgając raz po raz do słoika wyjmuje szare pyzy ociekające tłuszczem i pochłania je, nie odrywając wzroku od małego telewizorka.
Mężczyzna o oczach zmęczonych nieustannym ka-cem wypełnia polecenia klientów, podając jej czasem do oberwania liście marchwi i rzodkiewek. Ona, wpatrzona w ekran, całymi godzinami żuje swój pokarm, jednym ruchem ukręcając głowy warzywom. Ukryła w zwałach tłuszczu nawet swój wiek - trudno zgadnąć, czy to żona, czy matka właściciela sklepu.
Nigdy nie odwróciła głowy w moją stronę.
Był piękny wrześniowy dzień - nawet pijany dozorca uśmiechał się i wyglądał jak święty Franciszek. Mężczyzna w warzywniaku układał dla mnie bukiet włoszczyzny. Z głębi dobiegał chrapliwy szept telewizorka i zapach gorącego tłuszczu. Na małym ekranie majaczył człowiek przecięty wpół, z jego lewego ucha sączyła się maź, która zaraz zmieniła się w potwora nieokreślonego gatunku.
- Proszę nie obrywać naci - powiedziałam głośno. - Przyda mi się - wyciągnęłam rękę w stronę skrzynek. - Dla żyrafy.
Wielka pietruszka zawisła w dłoni mężczyzny.
- Pani ma żyrafę?
- Tak. Bardzo lubi liście - przebierałam białe kalafiory.
- W ogródku? - mężczyzna przyglądał mi się z trudem, jak przez nie przetarte szyby.
- Nie mam ogródka. Mieszkam w kamienicy na trzecim piętrze. Ten proszę - podałam mężczyźnie kalafior.
- Dla żyrafy? - niepewnie wziął ode mnie białe wa- rzywo.
- Kalafior? Dla żyrafy? Nie. Kalafior dla mnie - roześmiałam się.
- Słyszysz? - mężczyzna odwrócił się w stronę skrzynek. - Ta pani ma żyrafę.
Wielka, szara pyza zawisła w powietrzu. Kropelka tłuszczu wpadła prosto do słoika. Zza skrzynek chrypiał reklamowy sopran. Jakaś kobieta patrząc z uśmiechem w kamerę zamieniła się w butelkę. Wstrzymałam oddech - trwało to kilka długich sekund, mogłabym przysiąc, że cały sklep zamarł w oczekiwaniu.
I nagle powoli, bardzo powoli pyza powędrowała w górę, zapychając otwarte usta. Tłusty podbródek falował spokojnie, poddając się rytmowi przeżuwania. Na ekranie mały chłopiec skakał w przepaść, potem podniósł się i otworzył puszkę z napojem orzeźwiającym.
- A te liście to zapakować w gazetę? - mężczyzna podał mi siatkę z włoszczyzną, patrząc na swoje buty.
- Może być gazeta.
- Odkładać dla pani te liście?
- Nie, dziękuję. Chociaż... niech pan odkłada.
Wychodząc widziałam jeszcze, jak mężczyzna bierze stołeczek i siada obok kobiety między skrzynkami z cebulą i stosem selerów.
Czy istnieje jeszcze konfabulacja? Rozkosz zmyślania, przesady? Po co miałaby istnieć, skoro nie da się już tak połączyć realnych światów, żeby wprawić kogoś w zdumienie? Czy można jeszcze, przeżuwając codziennie kolorową gonitwę wyobraźni, cokolwiek, co za oknem, uznać za nieprawdopodobne? Można. Nie wierzę, że tamta kobieta pomieszała moją żyrafę z wirtualną rzeczywistością.
Rzecz w tym, że ona mogła się zdziwić. Tylko jej się nie chciało. Zdziwienie jest drobnym wysiłkiem ducha i te właśnie drobne wysiłki wysysa z nas energia ekranu. I to jest prawdziwa groźba zagłady.
Dlatego codziennie będę kupowała w warzywniaku na dole liście dla żyrafy. To będzie mój wkład w lepszą przyszłość