top of page

FELIETON PRÓBA GŁOSU


- Przepraszam, czy to krzesło jest wolne? - myślałam, że chłopak chce zabrać krzesło, dlatego skinęłam głową. Ale on po prostu się przysiadł. Spojrzałam na niego zdziwiona i wtedy zaczęła się moja męka. Skąd ja go znam! Bo przecież znam go dobrze! Codziennie go widuję! Rękę, nogę, głowę dam sobie uciąć, że codziennie! Stolik kawiarniany był mały - siedzieliśmy blisko siebie, więc robiłam wszystko, żeby nie wpatrywać się w tę twarz, którą i tak mogłabym dokładnie opisać. Ale skąd?! Dlaczego wiem tak dobrze, że on ma zielone oczy, piegi na czole i nosie, że ma duże usta i kreskę na środku podbródka! Dlaczego nawet wtedy, kiedy na niego nie patrzę, mam jego twarz przed oczami i mogę przysiąc, że to jest ktoś znajomy! A przecież nie zachowywał się jak znajomy.


Z nosem utkwionym w karcie dań w ogóle nie przyjmował do wiadomości, że siedzi z kimkolwiek. Cieszyłam się zresztą, że na mnie nie patrzy, bo zerkając na niego ukradkowo, zaczęłam przymierzać mu w myślach różne kostiumy. Może to jest fryzjer? Może siedzi w kiosku i codziennie sprzedaje mi gazetę? Może znam go z wakacyjnej plaży? Może roznosi pizzę? Kiedy nagle spotkaliśmy się wzrokiem i spojrzał na mnie tymi zielonymi oczami, przeraziłam się sama swojej pewności, że on na mnie codziennie tak patrzy! Że codziennie przygląda mi się z uwagą! Tylko skąd? Dlaczego? Nie wytrzymałam. Jak mogłam wytrzymać!


- Przepraszam pana - chłopak spojrzał na mnie tak ponuro, że powinno mi się odechcieć dalszych pytań - ale jestem pewna, po prostu pewna, że się znamy. Nie?


- Nie - powiedział chłopak i dziwnie przestraszony rozejrzał się dookoła.


- Musiałam gdzieś pana widzieć.


- Musiała pani. Wszyscy mnie wszędzie widzą.


- Nie rozumiem.


- Ja też siebie wszędzie widzę.


- Pan też?


- Tak. Nie mogę już tego wytrzymać. Wszędzie siebie widzę.


- Na przykład tutaj? Też pan siebie widzi?


- Nie, tutaj mnie nie ma. Ale jak już wyjdę za róg, to od razu siebie zobaczę. A najgorzej w centrum. Bo w centrum jestem ogromny.


- W centrum pan rośnie?


- Nie. Ja w centrum wiszę. Zresztą gdzie ja nie wiszę...


- Przepraszam, ale nie rozumiem.


- Nie? To zaraz pani zrozumie - i nagle wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Wtedy mnie olśniło. No oczywiście! Przecież on wisi w centrum! I na mojej ulicy! Wszędzie wisi!


Przecież to jest chłopak z reklamy, chłopak, który uśmiecha się ze zdjęcia, patrząc w oczy każdego przechodnia!


- Tak! Teraz pana poznaję! Ten uśmiech...


- Niech mi pani nie mówi o moim uśmiechu. Wystarczy, że widzę go codziennie. Dla głupiej forsy zgodziłem się uśmiechać. Podpisałem umowę i mieli mnie. W tym studiu wrzeszczeli, że się kiepsko uśmiecham, że nieszczerze, że nie mam spontaniczności, że jestem sztywniak, a ja zamiast wyjść, uśmiechałem się coraz szerzej. Nienawidziłem ich, nienawidziłem siebie, a uśmiechałem się. Potem przyszła moja dziewczyna i ten fotograf zaczął ją podrywać. Na moich oczach. A ja się uśmiechałem. Wyć mi się chciało, w zęby mu dać mi się chciało, a uśmiechałem się. I teraz ja ten swój uśmiech oglądam na każdej ulicy.


Kiedy wyszłam z kawiarni, zaraz za rogiem natknęłam się na reklamę ze zdjęciem tego chłopaka. Nie będę długo pamiętać, co reklamował. Ale jego uśmiech zapamiętam do końca życia

Cena uśmiechu

WYSOKIE OBCASY nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 245, wydanie waw z dnia 19/10/2002 , str. 45
bottom of page