Cena Miłości
Gdyby ten zeszyt leżał na śmietniku, nigdy bym do niego nie zajrzała, ale wiał silny wiatr i przeniósł go na środek trawnika. Obserwowałam jego niski, nieporadny lot - potem trzepotał kartkami jak konający motyl. Podniosłam go i zajrzałam do środka. Pierwsze strony zapisane były równymi kolumnami cyfr - obok starannym pismem napisano pojedyncze słowa.
Był to po prostu notatnik, gdzie skrupulatnie spisywano wydatki codziennego dnia. Nie widziałabym w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mniej więcej od połowy zeszytu pismo zaczynało się całkowicie zmieniać. Niektóre litery wyskakiwały w górę, inne rozciągały się jak bańka mydlana, czasem słowo napisane było tylko do połowy, a potem rozplątywało się jak rozpruty ścieg. Wróciłam do początku i zaczęłam czytać.
"Czwartek 10 września
serek topiony - 1,50
mydło 1 szt. - 2,40
1 bułka - 40 gr
ćwierć masła - 75 gr"
... dalej kilka jeszcze wydatków, które świadczyły o skromnym, pokornym i najwyraźniej samotnym życiu. Z dalszych kartek, zapisanych takim samym pismem, wynikało, że osoba ta jest kobietą, ale w spisie kupionych rzeczy raz tylko zobaczyłam notatkę - "krem rumiankowy". Cała reszta ograniczała się do jednostajnego jadłospisu i tanich środków czystości. Mniej więcej w środku zeszytu pojawiła się notatka:
"Poniedziałek 8 listopada
Nasza naczelnik nie ma racji. Mężczyzna nie pasuje do tej pracy. U nas zawsze były same kobiety". Pod spodem był codzienny spis zakupów.
Następnego dnia napisano:
"Nie wiem, jak wygląda Hju Grant, ale jeżeli rzeczywiście jest podobny do tego nowego, to Hju Grant jest Apollem".
W środę przed spisem wydatków krótka notatka:
"Pani Ela mówi, że on na mnie patrzy. Przecież przede mną siedzi ta Sylwia. On oczywiście na nią patrzy.
Szminka - 15 zł".
W czwartek litery zaczęły się znacznie pochylać.
"Pożyczył ode mnie długopis, a przecież do tej Sylwii miał bliżej.
puder prasowany - 25 zł
dwa pisma kobiece - 8 zł
pilnik do paznokci - 5 zł
maseczka herbaciana - 5 zł
apaszka - 15 zł
lakier do paznokci - 15 zł
dlaczego ja mam taką suchą skórę? Kiedyś nie miałam".
Piątek - pismo przypomina różne korale nanizane na wspólną nitkę:
"Wczoraj stał na moim przystanku, a przecież on zawsze jeździ w drugą stronę. On uważa, że kulturalny człowiek powinien znać cały angielski. Szkoda, że jutro wikend.
Samouczek do angielskiego - 40 zł
fluid - 56 zł
perfumy - 68 zł
krem nawilżający - 30 zł
W tych drogich sklepach trzeba chodzić wolnym krokiem. Jak się szybko chodzi, to myślą, że złodziejka".
Sobota - pismo przypomina zarysy górskich szczytów:
"Zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie... Nagle powiedziałam, żeby przyszedł w niedzielę na kolację. O siódmej. Powiedział, że nie ma sprawy.
fryzjer - 50 zł
talerze - 100 zł
wino - 35 zł
świecznik - 56 zł
obrus - 40 zł
narzuta na łóżko - 120 zł
łosoś - 25 zł
balsam do ciała - 30 zł
Dlaczego tylko w Szwajcarii są schrony atomowe. Czy można kupić komuś anonimowo taki schron? Popielniczka. Podobno jak się coś pisze kilka razy, to tak się stanie. Bardzo lubię dym. Bardzo lubię dym od papierosów. Bardzo lubię dym od papierosów. Boję się o jego płuca. Nie wiedziałam, że można kochać czyjeś płuca. Ciekawe, jak się zaciąga kredyt, bo muszę".
Niedziela - pismo jak niepokojący elektrokardiogram:
"Zadzwonił wczoraj wieczorem, że jak przyjdzie, to zapyta mnie o coś ważnego".
"Poniedziałek 15 listopada
Kiedy skończyliśmy jeść, zapytał mnie, jak zagadać do tej Sylwii. Załatwić kredyt.
serek topiony - 1,50
1 bułka - 40 gr
kangur-przytulanka - 6 zł
pół lit..."
Dalej pismo nieczytelne *
Oni
Para to coś innego niż dwoje ludzi. Prawdziwa para zdarza się rzadko. Patrzy na sprawy i rzeczy oczami drugiej połowy. Mówi o sobie "My" i nigdy inaczej. Widząc coś godnego uwagi, sprawdza, czy druga połowa widziała. Jeśli nie widziała, to tak, jakby tego czegoś nie było. Przed najdrobniejszą decyzją para musi się upewnić u swojej połowy choćby spojrzeniem. Para jest całością bez względu na okoliczności.
Najpierw poleciało szkło, a potem usłyszałam krzyk kobiety. Był mieszaniną agresji i strachu. Przez rozbitą szybę leciały na przemian przekleństwa i błagania o pomoc. Najdziwniejsze było jednak to, że ludzie idący obok tego domu nie zwracali na krzyk najmniejszej uwagi. Odeszli tylko dalej od okna, bo pękło po raz drugi, a krzesło wbiło się w szybę i upadło na parapet. Towarzyszył temu potworny ryk mężczyzny. Wył jakoś pierwotnie, naprawdę przerażająco, a ludzie nic. Tylko ja się zatrzymałam wpatrzona w rozbitą szybę, za którą nic nie było widać.
- Oni tak zawsze - mruknął jakiś mężczyzna, przechodząc obok mnie. - Tłuką się od lat. Kiedyś się zabiją.
Tak się złożyło, że zaczęłam bywać w tej dzielnicy. I pewnego dnia Ich zobaczyłam. Stali w bramie domu z rozbitym oknem i nie było wątpliwości, że to oni. Stali nieruchomo, wpatrzeni w ulicę i wyglądali jak przyprószeni wapnem. Może zresztą jakaś ściana na nich spadła, ale to raczej była szarość skóry. On miał złamany nos i wypukłe czoło alkoholika, ona długie siwoszare włosy zwisające spod beretu. Byli tego samego wzrostu, wysocy, chudzi i jakby nieobecni. Dopiero po chwili zauważyłam, że są kompletnie pijani. Nagle odwrócili się jak na komendę i weszli do domu. I zaczęło się. Wycie, wrzaski, łomot mebli. Kilka dni później znowu stali w bramie. Podeszłam i zapytałam: - Przepraszam, gdzie tu jest sklep spożywczy?
Nawet na mnie nie spojrzeli. Spojrzeli na siebie.
- My nie chodzimy do spożywczego - i oboje tak się do siebie uśmiechnęli, jakby to było coś bardzo dowcipnego. Potem ona zobaczyła coś na ziemi i od razu spojrzała na niego. To był papierek podobny do pieniądza. On podszedł do papierka i spojrzał na nią. Ale to nie był pieniądz, więc spojrzeli na siebie i on wyrzucił papierek. Potem popatrzyli na wystawę cukierni, weszli do środka i wyszli z eklerką. On odgryzł kawałek, a potem podał jej i patrzył, jak gryzie. Miałam wrażenie, że dopóki ona nie połknie, on nie poczuje smaku. Ona go o coś spytała, on sięgnął do kieszeni i coś powiedział. Ona zaczęła na niego wrzeszczeć. Potem weszła do bramy i wróciła, żeby go popchnąć. Wtedy on zaczął krzyczeć. Poza przekleństwami i wyzwiskami krzyczeli jakieś daty i imiona, że "Zdzisiek wczoraj, nie wczoraj, kurwo, tylko jutro", a ona go za to słowo "jutro" uderzyła po głowie i odeszła. I wtedy pod bramę zajechał żółty sportowy samochód. On znieruchomiał z zachwytu i zawołał w kierunku bramy: - Chodź tu! No chodź tu, kurwa!
Wbiegł do bramy i przyprowadził ją na ulicę. Stała obok, czekając, aż on się napatrzy. Potem weszli do domu. Jeszcze kilka razy widziałam ich przed bramą - przyprószonych, posągowych, pijanych, ze śladami walki. Czasem w bramie stało tylko jedno z nich i wtedy tych śladów było więcej.
- To pani piesek? - spytałam, kiedy obok Niej kręcił się w bramie pokraczny kundelek. - Nie. My nie mamy psów - mruknęła, zasłaniając włosami podbite oko.
Ostatnio On stał w bramie sam i wtedy na ulicy wydarzyło się coś bardzo śmiesznego - zabawa wiatru z kapeluszem pewnego pana. Cała ulica pękała ze śmiechu, kiedy kapelusz podskakiwał po chodniku, latał w powietrzu i nie dawał się złapać. Tylko On stał w bramie i przyglądał się temu ponuro. Czasem zerkał na rozbite okno, ale za szybą nikogo nie było. Im więcej ludzi się śmiało, tym bardziej On robił się ponury. Nic dziwnego. Jest to przecież bardzo smutne, kiedy coś wesołego widzi się tylko w połowie.