05 poruszenie kwadraty

xxxx

Homo dzieciństwo „- Ten tekst wysłany na portal e- teatr zmienił moje życie. Więcej na ten temat w „ kwadracie  „ Lobby”

22-03-2013

.

Homo dzieciństwo

Jeśli mamy szczerze rozmawiać o prawach gejów do normalnego życia, to zachowujmy się jak w normalnym kraju i dajmy prawo do oceniania gejów też. Dyktat środowisk homoseksualnych musi się spotykać z odporem tak jak pary gejowskie muszą się doczekać praw małżeńskich - pisze Joanna Szczepkowska na marginesie polemiki wokół wywiadu z Grzegorzem Małeckim.

Piszę ten tekst nie jako aktorka i koleżanka Grzegorza Maleckiego, ale jako osoba, która tak jak on, urodziła się i wychowała się w środowisku aktorskim. To przecież dziwi najbardziej Macieja Nowaka i to napiętnował w swoim felietonie w Przekroju. Dziwi go, jak ktoś, kto z pewnością od dzieciństwa ocierał się o środowiska homoseksualne może mieć cokolwiek przeciwko ich obecności w teatrze. Nie widzę powodu komentowania stopnia bezsensu takiej interpretacji wywiadu z Grzegorzem Małeckim. To już on sam zrobił w odpowiedzi na tym forum. Chcę jednak dodać kilka słów od siebie o teatralnym dzieciństwie.

Już od pierwszych miesięcy małżeństwa moich rodziców pojawiał się u nich kolega mojego ojca jeszcze ze studenckich czasów. Kazio nie żyje już, ale na pewno nic by nie miał przeciw ujawnieniu jego preferencji, bo tez ich nigdy nie ukrywał. Odkąd sięga moja pamięć, przychodził do nas albo z jakimś ukochanym albo z tragedią po stracie ukochanego, albo szczęśliwy, bo zakochany.

Do mojego dziadka Jana Parandowskiego bardzo często przychodził Jerzy Zawieyski z "żoną", czyli ze Stanisławem Trębaczkiewiczem. W określeniu "żona" nie było żadnego prześmiestwa, tak mogli o sobie swobodnie mówić w domu moich dziadków. Nie wiem czy słyszałam w dzieciństwie tyle westchnień miłosnych ile w czasie moich wakacji w Oborach wydawał Jerzy Andrzejewski w stosunku do młodego aktora. Przez wiele lat spędzałam dziecięce wakacje w mazurskiej Tardzie, gdzie letnie domki należały do Teatru Narodowego i do Teatru Wielkiego. Tancerze nie kryli swojej romantycznej natury, a obraz dwóch kochanków na dachu domu wczasowego o wschodzie słońca towarzyszy mi do dziś. Miałam dwanaście lat, kiedy dowiedziałam się, że pary homoseksualne nie są ogólnie akceptowane. Raczej trudno uznać mnie za homofobkę. I dlatego właśnie nie daję gejom taryfy ulgowej. Jak wszyscy dzielą się na zdolnych i niezdolnych, na uczciwych , na spryciarzy i na ofiary sprytu. Otóż spryciarze z gejowskich środowisk znakomicie żonglują dziś słowem "tolerancja". I to jest nowość w ich wielowiekowej obecności w sztuce. Spryciarze zręcznie wykorzystują fakt, ze świadomość i tolerancja jest w naszym kraju w powijakach. W imię pracy nad świadomością społeczną są w stanie każdy głos krytyczny nazwać homofobią. To czysta manipulacja i przede wszystkim blokowanie prawdziwej, rzetelnej dyskusji. Wprowadzanie na widownię rozszeptanych amatorów jest niedopuszczalne dla normalnego aktora, który chce się rozwijać w swoim zawodzie jak z pewnością to jest w przypadku Grzegorza Małeckiego. Geje chcą być widoczni, jako zbiorowość i widoczni są. I jeśli zachowują się irytująco, to to irytuje.

W felietonie w Przekroju, Maciej Nowak pisze o Zapolskiej, która się cieszy, że gej jest dyrektorem, bo jej nie zaczepia. Bardzo to urocze i poczciwe. Sadzę jednak, że gdyby Zapolska żyła w dzisiejszym teatrze, jej obserwacje szłyby dużo dalej. Nie tylko w Watykanie jest homoseksualny lobbing. I nie tylko kler należy za to ścigać. Gazeta, do której pisuję felietony bardzo chętnie i pilnie zamieszcza fakty świadczące o lobbingach homoseksualnych wśród kleru. Spróbuj jednak napisać tekst o takim lobbingu w teatrze. Ja spróbowałam. Tekst został zatrzymany i określony, jako donos. Ja zostałam nazwana szmatą. Otóż, jeśli mamy szczerze rozmawiać o prawach gejów do normalnego życia, to zachowujmy się jak w normalnym kraju i dajmy prawo do oceniania gejów też. Dyktat środowisk homoseksualnych musi się spotykać z odporem tak jak pary gejowskie muszą się doczekać praw małżeńskich.

I nie trzeba sprawdzać nikogo pod względem preferencji seksualnych, żeby ten dyktat widzieć. Na zebraniu w Teatrze Dramatycznym wybitny homoseksualny reżyser powiedział do mnie - "Będziesz coraz bardziej martwa i coraz bardziej niepotrzebna". Wierzę mocno, że to się uda bo ja dzieciństwo spędziłam wśród innych, mniej sprawczych gejów. Nie uda się jednak odebrać ostrości widzenia, ani gejom praw do traktowania ich równorzędnie. Test Macieja Nowaka jest po prostu durną manipulacją, bez względu na to jak wielkim jest on pederastą.

 e-teatr Joanna Szczepkowska

Materiał nadesłany
22-03-2013

Jeśli ciekawi Cię cala dyskusja przeczytaj  artykuł "Sprawa lobby"


 Do Arcybiskupa Michalika

Felieton był reakcją na te oburzające słowa abp. Michalika  :

"..wiele tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe". – Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga – powiedział hierarcha. 

Wielebny Arcybiskupie! 

Opowiem Waszej Eminencji o dziecku wychowanym w miłości w czasach, kiedy nie było gender ani tylu rozwodów.

Była sobie para młodych ludzi. Poznali się, pokochali i pobrali. Przysięgli w Kościele, że się nie opuszczą aż do śmierci, i przysięgi dotrzymali. Przysięgli też, że będą wychowywać swoje dzieci w duchu katolickim, ale Pan Bóg dopuścił do życia tylko jedno dziecko. Tym bardziej więc kochali swoją jedyną córeczkę. Była centrum ich życia, kochana, przytulana, podziwiana. Miała też dwie babcie i dwóch dziadków. Jedni mieszkali w tym samym mieście, a drudzy daleko, dlatego każdy ich przyjazd był rodzinnym świętem. Jeśli to była akurat niedziela, cała rodzina szła do kościoła, by podziękować Bogu za dar miłości. Oczywiście życie nie jest pasmem szczęścia, więc jakieś tam niepowodzenia były, zwłaszcza przy wspólnym obiedzie, bo obie pary dziadków nie bardzo miały o czym ze sobą rozmawiać. Po prostu jedna para należała do intelektualnej elity, więc druga czuła się jak przyjezdni z głuchej prowincji. Różnili się też poglądami i spojrzeniem na wiele spraw, ale czym to jest wobec miłości? Wystarczyło przecież popatrzeć na wnuczkę, żeby zapomnieć o niepotrzebnych napięciach. Dziewczynka kochała te obiady i zawsze lubiła się czymś popisać: a to piosenką, a to rysunkiem, a to solowym tańcem. Cała rodzina biła brawo, próbując odgadnąć, kim dziecko będzie w przyszłości. Nigdy nie dochodzili do zgody, ale jedno było dla nich pewne - będzie kimś wyjątkowym. Przecież to widać. Nie ma takiego drugiego dziecka. Te iskierki szczęścia w oczach... Smutno było rozstawać się z parą przyjezdnych dziadków. Pewnego razu jednak, kilka dni po wyjeździe, przyszedł telegram. Babcia dziewczynki umarła. W domu przez jakiś czas było smutno, ale potem rodzice zaczęli się sprzeczać. Trochę tylko, jak to w rodzinie. Mama upierała się przy tym, że osamotniony dziadek powinien zamieszkać z nimi. Tata natomiast uważał, że mają za małe mieszkanie, a jego ojciec nie jest łatwym człowiekiem. Mama mówiła, że to nie jest argument, skoro można pomóc starzejącemu się mężczyźnie, który został sam. I że to jest chwila, kiedy można odwdzięczyć się Bogu za dobre życie i miłość. Tata się zgodził i dziadek przyjechał z dalekiego miasta. Do pokoju dziewczynki wniesiono rozkładaną kanapę, a dziadek przywiózł dużo dziecinnych książeczek i przyrzekł wnuczce, że jak tylko zostaną sami, to jej poczyta bajki. Rodzice dziewczynki zrozumieli, że ich dobry uczynek już zaczął się opłacać. Mogą przecież spokojne wyjść razem z domu, zostawiając dziecko pod dobrą opieką. I wyszli. Dziadek zapytał wnuczkę, którą książeczkę wybiera, a ona pokazała najbardziej kolorową. Wtedy dziadek powiedział jej, żeby usiadła na kanapie obok niego. Potem otworzył książkę, a potem wsunął rękę w jej majtki. Nikt nigdy w taki sposób nie okazywał jej miłości. Dziwne to było i jakieś inne. Takie inne, że nic nie powiedziała rodzicom, chociaż myślała, żeby powiedzieć. Kiedy znowu zostali sami, dziadek nie zrobił tego, co wcześniej, bo zepsuł mu się zamek od spodni i nagle wysunął się z nich jakiś robal. Dziadek chyba chciał go wyrwać ze spodni, ale się nie udało. Kiedy nagle rodzice wrócili, dziadek szybko schował robala i udawał, że go nie było. Dziewczynka chciała powiedzieć o tym mamie, ale nagle jej gardło się zrobiło za wąskie i nie mogła w ogóle mówić. Tego samego dnia przy obiedzie nagle dziadek powiedział: "Za co szanuję Hitlera, to za to, że wymordował Żydów". Wtedy mama spakowała dziadka i to był ostatni jego dzień w tym mieszkaniu. Potem wszystko wróciło do normy. Pani w przedszkolu nawet mówiła, że dziewczynka jest jakaś spokojniejsza i już nie wariuje tak jak inne dzieci. Nie gada też tyle, ile kiedyś gadała. Siedzi sobie cichutko, jakby jej nie było. Tylko pani od rytmiki mówiła, że mała przestała lubić zespołowe zabawy i myli rytm. Potem była pierwsza spowiedź i ksiądz wypytywał dziewczynkę o różne rzeczy, jakby był wtedy w pokoju. Potem dziewczynka podrosła i kiedy pokochała mężczyznę, postanowiła jemu jednemu powiedzieć o tym, co się kiedyś stało w jej pokoju. Mężczyzna wysłuchał, ale potem już nie umiał jej kochać i ożenił się z inną kobietą. Było mu przykro, ale nic na wstręt nie poradzi. Kobieta już nigdy nie opowiedziała tego nikomu i wiodła sobie zupełnie dobre życie. A po wielu latach jej matka zrobiła się bardzo stara i bardzo chora. Kobieta opiekowała się nią czule, patrząc, jak nieuchronnie odchodzi. Aż pewnego dnia podeszła nagle do łóżka i wykrzyczała jej w samo ucho to wszystko, co przeżyła w dzieciństwie. I nigdy nie zrozumie, dlaczego zrobiła coś tak potwornego. Przecież naprawdę bardzo, bardzo kochała swoją matkę i dostała od niej wiele miłości. 


„Idę pod prąd niesłuszną drogą”

Plus Minus 05 04 2014

Ten artykuł  w „Rzeczpospolitej” ostro krytykuje media liberalne z których się sama wywodzę , z którymi zawsze współpracowałam i które pewnie dalej by ze mną współpracowały, gdybym nie pisała tak jak myślę. A ja piszę jak myślę i dopóki będą mnie drukować nie zmienię tej idei. Współpracowałam z Gazetą Wyborczą od czasu jej powstania.

 „ Pięć lat temu, w 20. rocznicę 4 czerwca, zostałam zaproszona do Sejmu jako osoba, która powiedziała w TVP zdanie „Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm". W obecności rządu, byłych prezydentów, ówczesnego prezydenta, wszystkich posłów i tłumu zagranicznych dziennikarzy wygłosiłam od siebie kilka zdań. Wobec całego Sejmu naprawdę wzruszona i przejęta szczerze i z serca mówiłam o tym, że dziennikarze często pytają mnie o to, czy „o taką Polskę walczyliśmy". – Tak, o taką! – powiedziałam uroczyście.

Stan zagrożenia

A dzisiaj? Przed 25. rocznicą dziennikarze mnie pytają: „Jak się pani czuje dziś, po tych 25 latach?". Jak się czuję? Jak się mogę czuć, kiedy czytam: „Rusza plebiscyt »Ludzie Wolności«, organizowany przez TVN i »Gazetę Wyborczą« z okazji 25-lecia odrodzenia wolnej Polski". Jak się mogę czuć, kiedy już wiem, aż za dobrze, jakimi metodami te media sterują polem wolności? Czytam, że nagrodzeni będą „ludzie, którzy zamiast brnąć w utarte schematy, idą pod prąd – z dobrym skutkiem. [...] Którzy w wolnej Polsce byli i są dla nas autorytetem i wzorem, służyli i będą służyć naszemu krajowi". Tak piszą w tekście rozpoczynającym plebiscyt Adam Michnik, redaktor naczelny „Gazety Wyborczej", oraz Markus Tellenbach, prezes zarządu grupy TVN. No więc jak mogę się czuć, czytając coś takiego? Ja, „zamiast brnąć w utarte schematy, idę pod prąd" całe 25 lat. A „dobry skutek"? Wystarczyło jedno niewygodne określenie „pod prąd", żeby i TVN, i „Gazeta Wyborcza" skojarzyły mnie z Holokaustem, nazizmem i komorami gazowymi. Jak mogę się czuć, jeśli 25 lat po odzyskaniu wolności zwykły honor każe mi złożyć pozew sądowy przeciw TVN o naruszenie godności osobistej. Jak mogę się czuć? Chyba najlepiej określił to jedyny dziennikarz TVN, który zachował się na miarę sytuacji. Marcin Prokop w programie „Dzień dobry TVN" określił prowadzoną wobec mnie nagonkę jako „operację na żywym organizmie".

No więc jak ja się czuję? Tak jak czuje się człowiek, na którym za wybranie drogi „pod prąd" dokonano takiej operacji. Jak mogę się czuć, jeśli 25 lat po odzyskaniu wolności muszę napisać w pozwie do sądu: „Nikt dotąd nie porównał moich słów do fali masowych zbrodni, jaką był  Holokaust. Żadna ze stacji ani telewizyjnych, ani radiowych nie przeinaczyła tak moich słów i intencji jak Pozwana i żadna z opinii nie wpłynęła tak na moje codziennie życie". Jak mogę się czuć, jeśli czytam, że właśnie „Gazeta Wyborcza" i TVN będą proponowały „ludzi wolności", a ich odbiorcy zdecydują, kto zasługuje na to miano, a kto nie. Jak mogę się czuć, skoro jest oczywiste, że w tym przypadku „krąg ludzi wolności" to osoby, którym te właśnie media pozwoliły zaistnieć, o których informowały i dynamizowały każdy krok ich działalności. Ilu jest takich, którzy „poszli pod prąd, zamiast brnąc w utarte schematy" – i właśnie dlatego i TVN, i „Gazeta Wyborcza" odrzucały informacje o ich dokonaniach, wycofywały ich z dialogu i obiegu? Jak mogę się czuć, jeśli z pełną odpowiedzialnością mogę dziś napisać do sądu: „Stopień nienawiści jaki rozpętany został w wyniku tych skojarzeń, powoduje u mnie stan zagrożenia prawdopodobnie dożywotnio". No więc jak ja się mogę czuć?

Bardzo długa operacja

Jeszcze tak niedawno przecież istnienie i „Gazety", i TVN wydawało mi się oczywistym historycznym ciągiem dalszym wydarzeń z lat 80. Dlatego chętnie uczestniczyłam w ich publicystycznym życiu. Starałam się odnosić do współczesności z takim samym zaangażowaniem, z jakim powiedziałam tamte słowa o końcu komunizmu. A dziś nie należę do „ludzi wolności". Więcej niż 25 lat temu kilku chłopaków siedziało w mojej małej kuchni. Na kulejących taboretach, na podnóżkach od leżaków, gdzie się dało. Konspirowali w użyczonym przeze mnie mieszkaniu, w którym ufnie spało dwoje dzieci, nie wiedząc, że w każdej chwili mogą tu wtargnąć „źli ludzie" . Dziś te chłopaki mają posady w „Gazecie Wyborczej", często są gośćmi TVN. I teraz, po 25 latach wolności, dziennikarz „Gazety Wyborczej", robiąc ze mną wywiad, preparuje cytaty moich wypowiedzi, a kiedy dopytuję o źródło, po prostu wstaje i rezygnuje z wywiadu.

Jedna z czołowych feministek publikuje tam obszerny list skierowany do mnie, ale „Gazeta Wyborcza" nie publikuje mojej odpowiedzi. Chcę zapytać „chłopaków z mojej kuchni", którzy dziś godzą się na blokowanie prawa do demokratycznej polemiki: jesteście dziś dziennikarzami wolności. Ale czy jesteście wolnymi dziennikarzami? W czasie programu „Dzień dobry TVN" po długiej rozmowie na temat „operacji na żywym organizmie" Dorota Wellman mówi nagle na końcu „Ja się odcinam", ale nie chce powiedzieć, od czego. Urocza Doroto... Jesteś z pewnością „dziennikarką wolności", ale czy jesteś wolną dziennikarką? Po „Kropce nad i" z Moniką Olejnik na stronie internetowej tego programu pojawiło się bardzo dużo przychylnych mi komentarzy, ale potem je usunięto. Dwa dni po tej rozmowie Monika Olejnik niespodziewanie napisała do „Gazety Wyborczej" artykuł. Można było w nim przeczytać bardzo ostre słowa przeciwko mnie, można było przeczytać, że „skończyła się Joanna Szczepkowska". A przecież nasza rozmowa robiła wrażenie przyjaznej. Dziennikarka uśmiechała się, potakiwała... Co się stało przez te dwa dni? Moniko, kto ci powiedział: „Za mało jej dowaliłaś"? Jesteś dziennikarką wolności, ale czy jesteś wolną dziennikarką? Co się właściwie stało, że 25 lat po tamtych moich słowach, tuż przed rocznicą, zrobiono taką nagonkę? Dziś mogę to już otwarcie powiedzieć. To była bardzo długa operacja. Wypowiadając tamte słowa o końcu komunizmu, wywołałam zamieszanie nie tylko w środowiskach PZPR, ale też wśród tych, którzy dziś z całą pewnością zostaną uznani za „ludzi wolności" albo będą decydować o tym, kto na to miano zasługuje.

Wiele lat temu bard 1968 roku, Natan Tenenbaum, przysłał mi ze Szwecji list z pytaniem, czy czytałam tekst Normana Daviesa o tym, że „jakaś aktorka odczytała w telewizji odezwę podyktowaną przez opozycję". Odpisałam, że nic o tym nie wiem, ale wyjaśnię to. Bo przecież to musi być pomyłka. Davies jest skrupulatnym badaczem Polski z tamtego okresu. Mało możliwe, żeby nigdy nie widział fragmentu z „Dziennika Telewizyjnego", który każdego 4 czerwca chodzi jak spot reklamowy. Przecież widać tam, że niczego nie czytam, że nie było czego dyktować. Jeszcze wtedy bywałam wśród „ludzi wolności" i bywał tam Norman Davies. Nigdy jednak nie chciał ze mną rozmawiać, aby zadać pytanie o tę sytuację. Raz w końcu jego urocza żona powiedziała „Tak, wiemy, musiało to Panią zaboleć". Zaboleć? To nie o mój ból chodzi. Chodzi tylko o to, dlaczego i dla kogo to zrobiono. Z jakich powodów pisarz zniekształcił prawdę. Wielu czytelników Daviesa zwraca mi uwagę na fakt, że w żadnej jego książce, w obszernych i skrupulatnych opisach tamtych dni nie ma ani słowa o moim „wierzgnięciu". A przecież opisuje każdą godzinę, każdy szczegół wydarzeń wokół 4 czerwca.

Z komuszą dziennikarką

Nie mam takiej natury, żeby dobijać się o uwagę, ale tak na zdrowy rozum, to... dlaczego właściwie nie ma o tym ani słowa? Gdybym była feministką, zapytałabym: dlaczego Pan nie napisał dla świata o kobiecie, która przełamała taką barierę? Ale nie jestem feministką i nie spodziewam się od tego typu środowisk poparcia. W jedną z rocznic 4 czerwca feministki z „Wysokich Obcasów" zaproponowały mi wywiad o tamtym dniu. Zrobiły jednak równoległy wywiad z dziennikarką, która dyżurowała wtedy, w 1989 roku, w studiu telewizyjnym... Dlaczego właściwie? Przecież to była przypadkowa osoba. Czy gdyby to co ja zrobiła Magdalena Środa, to też feministki zrobiłyby z tego konflikt dwóch pań?

Przyjaciele po lekturze tego wywiadu w „Wysokich Obcasach" pytali mnie: „Dlaczego oni dali takie ohydne twoje zdjęcie?". Rzeczywiście. Trzeba się mocno napracować przy komputerze, żeby z telewizyjnego nagrania wycisnąć kadr półprzymkniętych oczu i nieoczywistego uśmieszku. Trzeba bardzo chcieć, żeby w świat poszło właśnie to, a nie posłużyć się istniejącym już portretem uśmiechniętej, radosnej osoby. Parę dni później zaprosiła mnie Monika Olejnik. Wchodzę do studia i znowu widzę tę komuszą dziennikarkę z „Dziennika Telewizyjnego". I znowu ktoś topi ten mój gest w pytaniach: „czy obie panie...", „jak obie panie...". Czy gdyby w 1989 roku do studia poszedł ktoś bardziej pasujący TVN Monice Olejnik, to w rocznicę dla równowagi zaprosiłaby dyżurującego wtedy dziennikarza? No cóż. Nie pasuję „dziennikarzom wolności". Idę pod prąd niesłuszną drogą. Jest nas więcej. Tych, którzy nie będą, ale też nie chcą być na liście „wybranych przez naród" ludzi wolności. Może trzeba po prostu zrobić inny, równoległy plebiscyt? Może trzeba wybrać ludzi, którzy nie znajdą się na gali 1 czerwca 2014 r.? Którzy nie są „ludźmi wolności", bo są wolnymi ludźmi? 


Artykuł jest w opracowaniu

ikonę strzałki w gore niebieski25