Niektóre Felirtony z Wysokich Obcasow z lat 1997- 2014

 O prawa dla roztargnionych

WYSOKIE OBCASY nr 17 dodatek do Gazety Wyborczej nr 171, wydanie waw z dnia 24/07/1999 - 25/07/1999 , str. 40

Wpatrzona w czubki swoich butów szłam po warszawskiej ulicy, a moje myśli krążyły wokół Kacpra. Pożyczyłam mu dużą sumę pieniędzy i właśnie tego dnia obraził się na mnie śmiertelnie. Już od dwóch lat nie odpowiadał na telefony, nie pisał śmiesznych karteczek. Postanowiłam odwiedzić go niespodziewanie, żeby odzyskać przynajmniej przyjaźń. Idąc jak zawsze z opuszczoną głową obijałam się o przechodniów, ulica z każdą minutą robiła się szersza, jaśniejsza... gorący piasek parzył mi stopy... i tak doszłam do plaży na Costa Brava. Wiatr osłaniał mnie od upału, łagodna fala zbliżała się do czubków palców... i wtedy usłyszałam pisk opon. Jakiś samochód zatrzymał się kilka centymetrów ode mnie. Uciekając przed ponurymi spojrzeniami przechodniów schroniłam się w kawiarni. Tam przy stoliku pod oknem siedział Piotr. Pochylony nad gazetą, w tym swoim odwiecznym sweterku, okrągłych okularkach, w chustce związanej w tyle głowy miętosił w ręku nie zapalonego papierosa. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że Piotr... nie żyje. Umarł na zawał dwa lata temu. Spóźniłam się na jego pogrzeb, a idąc za trumną wpatrzona w czubki swoich butów doszłam do plaży na Costa Brava i ocknęłam się, kiedy już było po wszystkim.

Był fotografem. Nigdy nie widziałam jego zdjęć, za to latami krążył wokół tematu i wtedy zapominał o bożym świecie. To właśnie nas łączyło. Często przeczesywaliśmy razem miasto szukając zgubionego dowodu, paszportu, czeków bankowych... Wytrząsaliśmy z kieszeni zaległe rachunki telefoniczne zapisane fragmentami wierszy. Chodziliśmy po urzędach tłumacząc, że światło i gaz są nam niezbędne, a opłaty wypadły nam z pamięci, bo krążyliśmy wokół innych tematów. W żadnym wypadku nie chcemy oszukać państwa prawa - jesteśmy tylko w pewnym sensie niepełnosprawni... Niestety. Bezlitośnie wyłączano nam telefony, a w naszych mieszkaniach bywało ciemno i zimno jak w jaskini. Pewnego dnia Piotr chwycił się za serce i umarł, o czym dowiedziałam się w przelotnej rozmowie panicznie szukając torebki na wystawie psów rasowych. A teraz Piotr siedział w kawiarni z gazetą w ręku. Rozwiązanie nasuwało się samo: On po prostu nie zauważył, że nie żyje. Z roztargnienia. Nie można krążyć i jednocześnie zajmować się własnym pulsem.

- Blada jesteś - powiedział przysiadając się do mojego stolika.

- No jak... tam? - zapytałam i nie było to pytanie zdawkowe...

- Krążę. A co ty porabiasz?

- Spieszę się - powiedziałam zrywając się z miejsca. - Idę do Kacpra.

- Do Kacpra?... Przecież Kacper nie żyje... Od dwóch lat! Spóźniłaś się na jego pogrzeb, potem uciekłaś gdzieś myślami i zostawiliśmy cię samą na środku cmentarza. Kobieto! Na jakim świecie ty żyjesz!

A więc to Kacper nie żyje... A ja przez dwa lata żyłam w świecie opuszczonym przez Piotra, w którym Kacper bawił się za moje pieniądze. Żyłam w świecie, który nie istnieje, a jednak jadłam, piłam, budziłam się co rano jak wszyscy.

Co chcę przez to powiedzieć? Że świat ludzi roztargnionych rządzi się prawami innego wymiaru i nie możemy podlegać prawom ustalonym dla świata realnego. Nie można od ludzi, dla których maj trwa czasem pięćdziesiąt dni a styczeń dziesięć, wymagać terminowych opłat. My, którzy otwieramy telewizor telefonem, a rozmawiamy przez pilota, którzy gotujemy na kolację skarpetki zamiast parówek i wchodzimy do autobusu z koszem pełnym śmieci, jesteśmy poszkodowani przez naturę i obarczanie naszych i tak nadszarpniętych nerwów obowiązkiem posiadania dowodów osobistych, paszportów, kwitów wszelakiego rodzaju jest przejawem nietolerancji i znieczulicy władz na mniejszości dotknięte przez los. Rząd dałby dowód prawdziwie humanitarnych idei, gdyby powołał do życia np. fundację stypendialną dla "krążących". Zwolniłoby to nas z obowiązku pracy, co jest o tyle zasadne, że przez liczne niedopatrzenia tamujemy funkcjonowanie państwa. Postuluję niniejszym uznanie nas za obywateli wyjątkowej troski.

W przeciwnym wypadku noszę się z myślą założenia partii politycznej, która będzie bronić praw swojej mniejszości. Wdamy się w prace parlamentu całym sercem. Będziemy sortować dokumenty, liczyć głosy i pilnować porządku. W ten sposób, wpatrzeni w czubki swoich butów na drodze do wszechstronnego rozwoju, dojdziemy na Costa Brava. Może będę się starać o fotel prezydenta. Na razie krążę wokół tematu... *


Powtórka z koncentracji

 WYSOKIE OBCASY nr 15 dodatek do Gazety Wyborczej nr 87, wydanie waw z dnia 12/04/2008 FELIETON, str. 8

Liczba listów, które dostaję na skrzynkę strony poświęconej ADHD dorosłych, mimo że wisi ona nieodnawiana od miesięcy, świadczy o tym, że sprawa jest poważniejsza, niż się wydaje, i wymaga kolejnego podsumowania. Najpierw parę słów o tym, dlaczego moja strona wisi i milczy. Istnieje cała podziemna lub raczej podwirtualna sieć mojej strony, gdzie poza ekranem prowadzimy korespondencję - ja i ci, którzy mają problem bądź nie mają problemu z deficytem uwagi. Dlaczego nie zapominam o tym, a zapominam o stronie? Dlaczego robię to samo, tyle że niespektakularnie? Nie wiem. Deficyt uwagi jest tajemniczy i rządzi się własnymi prawami. Ponieważ pytania powtarzają się ciągle, postanowiłam omówić je tutaj, bo pewnie pytających jest więcej, a jeszcze więcej "wątpiących". Pytanie pierwsze:

- Czy coś takiego w ogóle istnieje? Czy nie jest to natura ludzkiego umysłu, który przeżywa okresy burz i odpływów, czy po prostu nie mają tego wszyscy?

Moje przeświadczenie jest takie: chodzi tylko o tych, którzy z tego powodu przeżywają dramat i próbują z tym walczyć. Deficyt uwagi staje się problemem, jeśli jest odczuwalną przeszkodą w normalnym życiu.

Niedawno widziałam wywiad z kobietą, która powiedziała:

Mam wybitnego męża, moje zadanie jest takie, żeby mu pomóc w codzienności, z którą nie daje sobie rady.

W tym wypadku "deficyt uwagi" mógł się rozwinąć jako "wybitność". Tak mogłoby być z wieloma ludźmi, którzy żyją od "pustki" do "iluminacji", ale nie jest. Żyją z poczuciem potencjału, który nie ma ujścia. I walczą z tym. Tylko o nich chodzi.

- Czy to jest znak czasu? Czy deficyt uwagi ma jakiś związek z komórkami przy uchu, komputerami i wszystkim, co nas zakłóca?

Moim zdaniem nie. Marzyciele, roztargnieni uznani za leniwych, bałaganiarzy, wiecznie spóźniających się istnieli zawsze i prawdopodobnie zakończyli życie z poczuciem winy bądź niespełnienia.

- Czy nie jest to przykrywka dla lenistwa i bałaganiarstwa?

To pytanie powtarza się najczęściej i zadają je zwykle ludzie, w których otoczeniu żyje ktoś, kto powołuje się na "deficyt". Jak odróżnić symulantów "deficytu uwagi" od ludzi z tą dysfunkcją? To nie jest trudne.

Człowiek leniwy to taki, który czuje się świetnie, kiedy nic nie robi. Leżąc godzinami w łóżku, snując się po domu albo pstrykając pilotem, jest szczęśliwy. Stan nicnierobienia, stan letargu jest dla niego stanem naturalnym. Natomiast ludzie z deficytem uwagi są tytanami pracy. Nawet jeśli błądzą w kółko ulicami miasta, ich głowa pracuje jak maszyna. Myśli o dokonaniach, początki czynów, projekty, telefony, spotkania - cały czas w stanie gotowości, sto spraw naraz. Często nie śpią z prawdziwego przemęczenia.

Bałaganiarz. To ktoś, komu nie chce się podnieść skarpetki z podłogi, kto ciska w kąt kłębek ubrań, a szklanka z dwudniową herbatą stoi na stole i przywiera do spodka. Bałaganiarzowi jest z tym dobrze. Chodzi po podłodze usianej gazetami jak po własnym lesie i w takiej aurze czuje się na właściwym miejscu. Człowiek z dekoncentracją nie znosi bałaganu. Chaos, jaki powstaje wokół niego, często tworzy się w trakcie nieustannych porządków. Kiedy skarpetka spada na podłogę, przychodzi mu myśl o odmrożeniu lodówki, a kiedy ją otwiera, staje mu w oczach piwnica, w której są pamiątki po dziadku.

- Czy tego nie można po prostu opanować?

Można. Każdy może to opanować oprócz ludzi z deficytem uwagi. Wśród moim rozmówców są ludzie, którzy co roku tracą pracę i pieniądze z powodu niedopełnienia formalności, nietypowych zachowań, z powodu powtarzania błędów, które niszczą im życie, a jednak oni za każdym razem powtarzają to samo.

- Czy istnieją skuteczne lekarstwa?

Tak. Istnieją, są modyfikowane i coraz doskonalsze. Po zażyciu takiego lekarstwa odczuwa się w głowie coś w rodzaju pompki - mózg rośnie jak nadmuchana opona. Ustaje wirówka myśli. Wzrasta zdolność do koncentracji. Można spokojnie wypełnić PIT i pójść na pocztę. I jeszcze jedna zaleta lekarstwa. Napisałam kiedyś felieton o tym, że w niedzielę ptaki fruwają wolniej. Po zażyciu odpowiedniego leku widzę wyraźnie, że ptactwo oraz wszelka przyroda ożywiona porusza się w tym samym tempie niezależnie od dni tygodnia.

Robiąc nareszcie porządki, usunęłam też z półki tomik wierszy Wisławy Szymborskiej, w której znajduje się absurdalny wiersz pt. "Rozmowa z kamieniem". Mam nadzieję, że ktoś uświadomi naszą noblistkę, że kamienie nie posiadają narządu słuchu.


Felietonik

WYSOKIE OBCASY nr 24 dodatek do Gazety Wyborczej nr 138, wydanie waw z dnia 15/06/2002 - 16/06/2002 , str. 41

Felietonik

- Krasnoludków nie ma - usłyszałam za sobą głos jakiegoś mężczyzny. Powiedział to z taką powagą, że odwróciłam się zdziwiona, chociaż podsłuchiwanie rozmów w kolejce do kasy supermarketu nie jest w moim stylu. Mężczyzna trzymał za rękę małą córeczkę, a widząc mój wzrok, wytłumaczył się szybko:

- Ja uważam, że moja teściowa robi błąd, opowiadając dziecku o tym, że gdzieś tam jest świat małych łóżeczek, stolików i podobnych bzdur, że nie każdy może ten świat zobaczyć i tak dalej. Ja jestem, proszę pani, człowiekiem, który stoi mocno na nogach, i uważam, że świat jest dostatecznie skomplikowany. Nie trzeba mu wymyślać jeszcze jakichś nieistniejących miniatur.

Dziewczynka patrzyła na mnie z wyraźną nadzieją. Na szczęście miałam dla niej dobre wiadomości, i to bez uciekania się do fantazji.

- Nie mogę się z panem zgodzić, ponieważ pana teściowa ma rację. Miniaturowy świat istnieje. Są w nim małe stoliczki, łóżeczka, a nawet słoneczko. Bywam tam czasem.

- Była tam pani? - dziewczynka zaróżowiła się z wrażenia, w przeciwieństwie do jej ojca, który posiniał, patrząc na mnie z wściekłością.

- Dzisiaj też tam idę. Ale nie zawsze wolno mi tam wejść. I nie dlatego, proszę pana, że brakuje mi wyobraźni, tylko dlatego, że czasem brakuje mi pieniędzy.

Naszą rozmowę przerwała kasjerka, która kilkoma ruchami podliczyła moje zakupy, a ja wybiegłam ze sklepu, spiesząc się do kosmetyczki, która miała mnie doprowadzić do takiego stanu, żebym mogła pojawić się na obiedzie w wytwornej restauracji, gdzie zaprosili mnie przyjaciele.

- Tu jest pani szafeczka - uśmiechnięta dziewczyna w białym fartuchu pokazała mi płaszczyznę podzieloną na szafki. - Tam wisi szlafroczek. Proszę zdjąć sukieneczkę, założyć szlafroczek i kapciuszki, żeby się nóżki nie pobrudziły. A jak pani będzie gotowa, to ja czekam w tym pokoiku na prawo - dziewczyna przechyliła głowę... i uśmiechnęła się do mnie jak do małego dziecka. Przebrałam się w strój klientki luksusowego gabinetu kosmetycznego i weszłam do środka.

- Włączę muzyczkę, a pani się położy na łóżeczku, tak? Rączki wzdłuż ciałka, a kapciuszki może pani zdjąć, żeby stopki odpoczęły. Najpierw buźkę pomasuję, ale oczka zamykamy, żeby się kremik nie dostał, bo będzie szczypało i łezki polecą. Włoski zwiążę, żeby się nie zatłuściły.Co taka smutna minka? Nie myślimy za dużo, bo się czółko pomarszczy.

- Może zmienić muzyczkę? Paznokietki będziemy robić? Bo koleżanka ma wolną godzinkę i może się zająć rączkami A teraz położymy się na brzuszek i pomasujemy plecki. Może dać kocyk, bo okienka są nieszczelne, dopiero będziemy remoncik robić we wrześniu, dać kocyk? Jak się okryjemy kocykiem i zamkniemy oczka, to zaśniemy. Wszystkie panie zasypiają na tym łóżeczku.

Zamknęłam oczy i wkrótce wokół mnie pojawiło się mnóstwo krasnoludków. Siedząc przy maleńkich stolikach, prowadziły ożywioną dyskusję na temat ludzi. Niektóre krasnoludki mówiły, że ludzi nie ma, że to tylko bajka, a inne zaklinały się, że widziały ludzi na własne oczy.

- Otwieramy oczka! - usłyszałam nagle nad sobą, a uśmiechnięta dziewczyna w białym fartuchu zdejmowała ze mnie miękki koc.

- No i już buźka pięknie wygląda. Tu jest kluczyk do szafeczki, a jak pani już włoży sukieneczkę, to zapraszam do kasy.

- Będzie gotóweczka czy karta?- zapytała dziewczyna, kiedy gotowa do wyjścia stałam przy kasie.

- Gotóweczka - powiedziałam, opróżniając portfel.

- Zawołać taksóweczkę?

- Nie. Pójdę na piechotkę.

Wchodząc do luksusowej restauracji, zdjęłam w szatni płaszcz.

- Dziękuję i zapraszam do środeczka - powiedział szatniarz. Kiedy usiadłam przy stoliku, od razu zjawił się kelner i zapytał: - Ten stoliczek pani odpowiada? Coś do picia na począteczek? Kawkę? Herbatkę? Szklaneczkę soczku? A potem polecam śledzika. Albo którąś z sałatek. A na drugie koniecznie zraziki z kluseczkami. Zwłaszcza sosik jest rewelacyjny. No i zupka oczywiście. U nas wszystkie zupki są dobre.

Kiedy przy stoliku pojawili się moi przyjaciele... - Przepraszam - powiedział kelner, wciskając się między stoliki. - Okienko trochę zasłonię, bo słoneczko razi.

I wielkimi zasłonami odgrodził restaurację od ulicy. Pewnie dlatego, żeby przez okna nie gapili się tutaj ci, którzy mają łóżka i stoły normalnej wielkości.


Niepełnosprawny

WYSOKIE OBCASY nr 21 dodatek do Gazety Wyborczej nr 195, wydanie waw z dnia 21/08/1999 - 22/08/1999 , str. 32

PRÓBA GŁOSU

Kolega szkolny spotkany po latach jest czymś w rodzaju lustra. Przyglądamy się mu uważnie, śledząc objawy przemijania, których nie umiemy dostrzec we własnym odbiciu. Jeżeli nawet dzięki lepszemu losowi porównanie wypada na naszą korzyść, to jednak w przerzedzonych włosach, zgarbionych plecach i pożółkłych zębach kolegi kryje się prawda. A on, patrząc na naszą ambitnie lśniącą skórę, także tę prawdę widzi. I w jego zmęczonych oczach pokazują się małe iskierki.

Często nie poznajemy go od razu - ktoś przygląda się nam uporczywie, na jego twarzy pojawia się lekki uśmieszek, podchodzi blisko, trochę za blisko, a potem niepewnie wymawia nasze imię albo szkolny pseudonim: "Mucha?", "Nochal?", "Pineska?". Z początku, nie pamiętając, że byliśmy "Pineską", myślimy, że mamy do czynienia z wariatem, odsuwamy się od natręta, ale on nie daje za wygraną. Nie może odejść nierozpoznany, taka klęska będzie graniczyć ze wstrętem do samego siebie. I w końcu z opuchniętej twarzy i podsiniałych oczu obcego mężczyzny pamięć zaczyna lepić ostre rysy "Motyla" albo "Jajcarza". Trzeba wtedy ukryć przerażenie. Na ogół daremnie, bo on i tak wie, jak wygląda, a jego uśmiech oznacza: "A co ty myślisz, że lepsza jesteś? Mnie nie oszukasz...".

Tak właśnie było. Łysawy, w kusym płaszczu, z teczką biznesmena trzeciej kategorii stał przede mną "Spinoza". Najlepszy. Nieosiągalny. Szczyt marzeń. Nawet nie próbował walczyć z moją pamięcią - postał chwilę z niepewnym uśmiechem, a potem wyszeptał słowo, na dźwięk którego wszystkim dziewczynom, nie wyłączając nauczycielki biologii, uginały się kolana. Głupio musiałam wyglądać z wytrzeszczonymi oczami, znieruchomiała na środku ulicy. Stałam przed tym odrzutkiem losu jak... jak kiedyś na widok "Spinozy". Pośrodku korytarza szkolnego z przeklętym rumieńcem na twarzy, za mała, za gruba, za głupia. A teraz nie mogłam się oprzeć pewnej grze, którą uprawiam czasami wobec niespodzianek losu. Niepostrzeżenie dla reszty ulicy stałam się tamtą dziewczynką. Trzynastoletnimi oczami patrzyłam na "Spinozę", który, wygładzając nerwo-wo spłowiałe ubranie, pyta: "Czy nie przeszkadzam?".

- Nie tylko nie przeszkadza, ale z przyjemnością przyj-dę na kawę. Na obiad? Oczywiście. Żona się ucieszy? Nie mogę się doczekać. Mieszkanie nieduże. Ma dwóch synów. No to cześć. Cześć. Patrzyłam na zgarbione plecy "Spinozy" znikającego wśród przechodniów. Nagle odwrócił się, podszedł do mnie i powiedział:

- Acha... jeden z moich synów jest niepełnosprawny. Cześć.

A więc to tak dokonał się zakręt w życiu "Spinozy". Być może jednego dnia szeroka droga skończyła się przepaścią. Tak, trzynastoletnia poczwarko, nie wszystkie bajki kończą się dobrze.

Drzwi otworzył mi chłopak na wózku.

- Rodziców jeszcze nie ma, ale proszę do środka. Kawę, herbatę czy może sok? - Kawę - powiedziałam, a on śmignął do kuchni jak po torze wyścigowym. Kiedy wrócił uśmiechnięty, z tym błyskiem w oku, w którym odbija się żywy strumień życia, w świetle korytarza zobaczyłam tamtego "Spinozę". Oczywiście. To był kropka w kropkę ten sam chłopak: wściekle inteligentny, otwarty na świat, wpatrzony w najwyższą poprzeczkę. Jeździł po mieszkaniu, zabawiając mnie opowieściami o atmosferze na swoich zawodach sportowych, na wydziale chemii, pojawiał się za chwilę w drzwiach kuchni, próbując danie, które wymaga "szczególnej staranności". Byłam wsłuchana, rozbawiona, kiedy do pokoju wszedł "Spinoza" z żoną, kobietą o nieodwracalnych śladach zmęczenia. Już w drzwiach, bez nadziei w głosie zapytali:

- A młodszy?

Wtedy zdałam sobie sprawę, że w tym pokoju jeszcze ktoś siedzi. Na wyleniałej kanapie oparty głową o poduszki, z nogami wyciągniętymi bezwładnie bawił się jakimś sznurkiem chłopak, może szesnastoletni.

- I tak godzinami - powiedziała żona "Spinozy" - żadnych planów, zainteresowań, nawet dzień dobry nie powie. Dyskoteka - kanapa. Kanapa - dyskoteka. Taki los. Usiedliśmy do obiadu, a starszy podsuwał nam lepsze kąski z ugotowanej przez siebie potrawy. Młodszy bawił się sznurkiem na kanapie, wyciągając rękę po talerz. Kiedy wychodziłam od "Spinozy", przyjrzeliśmy się sobie po raz ostatni.

- Nie narzekam - powiedział - mam dom, wspaniałego syna, tylko z tym młodszym dramat. No cóż, nie można mieć wszystkiego *


Żyrafa

Zawsze chciałam to zrobić. Zawsze. I zawsze chciałam to zrobić w tym sklepie na dole.

Bo tam, między skrzynkami z cebulą i stosem selerów, siedzi nieopisanie gruba kobieta, która sięgając raz po raz do słoika wyjmuje szare pyzy ociekające tłuszczem i pochłania je, nie odrywając wzroku od małego telewizorka.

Mężczyzna o oczach zmęczonych nieustannym ka-cem wypełnia polecenia klientów, podając jej czasem do oberwania liście marchwi i rzodkiewek. Ona, wpatrzona w ekran, całymi godzinami żuje swój pokarm, jednym ruchem ukręcając głowy warzywom. Ukryła w zwałach tłuszczu nawet swój wiek - trudno zgadnąć, czy to żona, czy matka właściciela sklepu.

Nigdy nie odwróciła głowy w moją stronę.

Był piękny wrześniowy dzień - nawet pijany dozorca uśmiechał się i wyglądał jak święty Franciszek. Mężczyzna w warzywniaku układał dla mnie bukiet włoszczyzny. Z głębi dobiegał chrapliwy szept telewizorka i zapach gorącego tłuszczu. Na małym ekranie majaczył człowiek przecięty wpół, z jego lewego ucha sączyła się maź, która zaraz zmieniła się w potwora nieokreślonego gatunku.

- Proszę nie obrywać naci - powiedziałam głośno. - Przyda mi się - wyciągnęłam rękę w stronę skrzynek. - Dla żyrafy.

Wielka pietruszka zawisła w dłoni mężczyzny.

- Pani ma żyrafę?

- Tak. Bardzo lubi liście - przebierałam białe kalafiory.

- W ogródku? - mężczyzna przyglądał mi się z trudem, jak przez nie przetarte szyby.

- Nie mam ogródka. Mieszkam w kamienicy na trzecim piętrze. Ten proszę - podałam mężczyźnie kalafior.

- Dla żyrafy? - niepewnie wziął ode mnie białe wa- rzywo.

- Kalafior? Dla żyrafy? Nie. Kalafior dla mnie - roześmiałam się.

- Słyszysz? - mężczyzna odwrócił się w stronę skrzynek. - Ta pani ma żyrafę.

Wielka, szara pyza zawisła w powietrzu. Kropelka tłuszczu wpadła prosto do słoika. Zza skrzynek chrypiał reklamowy sopran. Jakaś kobieta patrząc z uśmiechem w kamerę zamieniła się w butelkę. Wstrzymałam oddech - trwało to kilka długich sekund, mogłabym przysiąc, że cały sklep zamarł w oczekiwaniu.

I nagle powoli, bardzo powoli pyza powędrowała w górę, zapychając otwarte usta. Tłusty podbródek falował spokojnie, poddając się rytmowi przeżuwania. Na ekranie mały chłopiec skakał w przepaść, potem podniósł się i otworzył puszkę z napojem orzeźwiającym.

- A te liście to zapakować w gazetę? - mężczyzna podał mi siatkę z włoszczyzną, patrząc na swoje buty.

- Może być gazeta.

- Odkładać dla pani te liście?

- Nie, dziękuję. Chociaż... niech pan odkłada.

Wychodząc widziałam jeszcze, jak mężczyzna bierze stołeczek i siada obok kobiety między skrzynkami z cebulą i stosem selerów.

Czy istnieje jeszcze konfabulacja? Rozkosz zmyślania, przesady? Po co miałaby istnieć, skoro nie da się już tak połączyć realnych światów, żeby wprawić kogoś w zdumienie? Czy można jeszcze, przeżuwając codziennie kolorową gonitwę wyobraźni, cokolwiek, co za oknem, uznać za nieprawdopodobne? Można. Nie wierzę, że tamta kobieta pomieszała moją żyrafę z wirtualną rzeczywistością.

Rzecz w tym, że ona mogła się zdziwić. Tylko jej się nie chciało. Zdziwienie jest drobnym wysiłkiem ducha i te właśnie drobne wysiłki wysysa z nas energia ekranu. I to jest prawdziwa groźba zagłady.

Dlatego codziennie będę kupowała w warzywniaku na dole liście dla żyrafy. To będzie mój wkład w lepszą przyszłość


Tagrasy

WYSOKIE OBCASY nr 18 dodatek do Gazety Wyborczej nr 103, wydanie waw z dnia 04/05/2002 , str. 41

- Pani naprawdę nie ma internetu? - dziewczyna patrzyła na mnie tak, jakbym powiedziała, że żyję przy lampie naftowej.

- Nie mam. Boję się internetu, tak jak kiedyś ludzie bali się pierwszego pociągu. Boję się, że internet to nowa cywilizacja. Boję się odwrócić plecami do starego świata. Boję się, że przestanę czuć zapachy, że będę tylko czytać i pisać. Że pisanie będę czerpać z czytania, a czytanie z pisania. Że internet mnie połknie i będę żyła w stanie halucynacji. Że już nigdy nie pójdę do zoo.

- Jak to do zoo? - dziewczyna najwyraźniej nabierała podejrzeń, że rozmawia z kimś poza normą.

- Tak. Chodzę do biednego, wyliniałego zoo, gdzie w kawalerkach z krat drepczą dzikie zwierzęta. Chodzę tam, gdzie mogę stanąć przed tygrysem, wiedząc, że dzieli nas tylko mój zdrowy rozsądek. Internet może mi dać wiedzę o tygrysie. A mnie interesuje w tygrysie tylko to, że jest naprawdę. To, że pachnie tygrysem. W ogóle, kiedy mam dobry dzień, kiedy kocham życie i mogę sobie powiedzieć, że świat jest piękny, to głównie dlatego, że w nim coś chrzęści, mruczy, pachnie burzą, śmietnikiem i tygrysem. Boję się, że kiedy wessie mnie internet, uwierzę w tygrysa tylko na podstawie tego, co tam jest o nim napisane.

Dziewczyna patrzyła na mnie z coraz większą podejrzliwością.

- Czy telewizji też się pani boi?

- Nie. Telewizor oswoiłam. I prawdę mówiąc, stawiam go na równi z odkurzaczem, ale internet to coś zupełnie innego. Nie umiem pani wytłumaczyć, na czym polega różnica.

- Może dlatego nie umie mi pani wytłumaczyć, że nie ma pani internetu.

To nie było pozbawione sensu. I stało się. Odwróciłam się plecami do starego świata. Zaczęłam się uczyć nowego.

- Pamięta pani naszą rozmowę o tygrysie? - rzuciłam dziewczynie przez ramię, kiedy przyszła do mnie znowu. - To jednak fantastyczne, że można go tutaj poznać jak nigdy dotąd - wpatrzona w ekran, przejęta, zamiast hasła "tygrys" wpisałam "tagras", ale komputer nie potraktował tego jak pomyłkę. Na ekranie szybko wyświetliła się informacja, że:

"Tagrasy to rzadkie ssaki żyjące w południowej Australii. Ich czteroletnie życie dzieli się na dwa okresy: okres wdechu i okres wydechu. Tagrasy wdychają powietrze w płuca przez trzy miesiące i dwa dni, a wydychają je przez dwa miesiące i siedem dni. W czasie przerw wstrzymują powietrze na dwa tygodnie i wtedy następuje okres godowy. Niezwykłą cechą tagrasów jest też to, że samce rodzą samce, a samice rodzą samice. Żyją w załomach skalnych, żywiąc się drobnymi roślinami. Ich sen trwa siedemnaście godzin, czuwają tylko w nocy, kiedy ich czarna połyskująca skóra jest niewidoczna".

- Samce rodzą samce, a samice samice... - rozmarzyła się dziewczyna. - To fantastyczne.

- Ale z drugiej strony, jeżeli samce rodzą, to dlaczego nazywa się ich samcami? - zastanowiłam się, patrząc w ekran. Dziewczyna wyrwała mi mysz z ręki. Siedząc obok siebie, błagałyśmy ekran o odpowiedź. Dziewczyna jeździła po nim, szukając haseł: "samice", "rozrodczość", "ssaki", w końcu krzyknęła: - Ja muszę zaimeilować do ludzi, którzy może słyszeli coś o tagrasach! Nie minęło dużo czasu, a ekran wypełnił się międzynarodową dyskusją o rozrodczości nieznanych ssaków. Na obu półkulach tagrasy wzbudziły sensację sprawiedliwym podziałem rodzenia. Genetycy, feministki, ojcowie i matki bombardowali ekran ze wszystkich stron świata. Rozstałyśmy się o świcie.

- Dziękuję pani - powiedziałam do trochę pobladłej dziewczyny. - Jak mogłam nie rozumieć różnicy między telewizją a internetem. Dzięki niemu mogę nie tylko poznawać świat. Mogę też go stwarzać. I to jest coś nowego.

- Co pani stworzyła? - spytała dziewczyna, ziewając.

- Tagrasy. Wczoraj. Założyłam im stronę.

- To tagrasów nie ma? - dziewczyna patrzyła na mnie ze zdumieniem.

- Jak to nie ma? Niech pani zajrzy do internetu *


 Cena miłości

WYSOKIE OBCASY nr 3 dodatek do Gazety Wyborczej nr 18, wydanie waw z dnia 22/01/2000 , str. 36

Cena Miłości

Gdyby ten zeszyt leżał na śmietniku, nigdy bym do niego nie zajrzała, ale wiał silny wiatr i przeniósł go na środek trawnika. Obserwowałam jego niski, nieporadny lot - potem trzepotał kartkami jak konający motyl. Podniosłam go i zajrzałam do środka. Pierwsze strony zapisane były równymi kolumnami cyfr - obok starannym pismem napisano pojedyncze słowa.

Był to po prostu notatnik, gdzie skrupulatnie spisywano wydatki codziennego dnia. Nie widziałabym w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że mniej więcej od połowy zeszytu pismo zaczynało się całkowicie zmieniać. Niektóre litery wyskakiwały w górę, inne rozciągały się jak bańka mydlana, czasem słowo napisane było tylko do połowy, a potem rozplątywało się jak rozpruty ścieg. Wróciłam do początku i zaczęłam czytać.

"Czwartek 10 września

serek topiony - 1,50

mydło 1 szt. - 2,40

1 bułka - 40 gr

ćwierć masła - 75 gr"

... dalej kilka jeszcze wydatków, które świadczyły o skromnym, pokornym i najwyraźniej samotnym życiu. Z dalszych kartek, zapisanych takim samym pismem, wynikało, że osoba ta jest kobietą, ale w spisie kupionych rzeczy raz tylko zobaczyłam notatkę - "krem rumiankowy". Cała reszta ograniczała się do jednostajnego jadłospisu i tanich środków czystości. Mniej więcej w środku zeszytu pojawiła się notatka:

"Poniedziałek 8 listopada

Nasza naczelnik nie ma racji. Mężczyzna nie pasuje do tej pracy. U nas zawsze były same kobiety". Pod spodem był codzienny spis zakupów.

Następnego dnia napisano:

"Nie wiem, jak wygląda Hju Grant, ale jeżeli rzeczywiście jest podobny do tego nowego, to Hju Grant jest Apollem".

W środę przed spisem wydatków krótka notatka:

"Pani Ela mówi, że on na mnie patrzy. Przecież przede mną siedzi ta Sylwia. On oczywiście na nią patrzy.

Szminka - 15 zł".

W czwartek litery zaczęły się znacznie pochylać.

"Pożyczył ode mnie długopis, a przecież do tej Sylwii miał bliżej.

puder prasowany - 25 zł

dwa pisma kobiece - 8 zł

pilnik do paznokci - 5 zł

maseczka herbaciana - 5 zł

apaszka - 15 zł

lakier do paznokci - 15 zł

dlaczego ja mam taką suchą skórę? Kiedyś nie miałam".

Piątek - pismo przypomina różne korale nanizane na wspólną nitkę:

"Wczoraj stał na moim przystanku, a przecież on zawsze jeździ w drugą stronę. On uważa, że kulturalny człowiek powinien znać cały angielski. Szkoda, że jutro wikend.

Samouczek do angielskiego - 40 zł

fluid - 56 zł

perfumy - 68 zł

krem nawilżający - 30 zł

W tych drogich sklepach trzeba chodzić wolnym krokiem. Jak się szybko chodzi, to myślą, że złodziejka".

Sobota - pismo przypomina zarysy górskich szczytów:

"Zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie, zadzwonił do mnie... Nagle powiedziałam, żeby przyszedł w niedzielę na kolację. O siódmej. Powiedział, że nie ma sprawy.

fryzjer - 50 zł

talerze - 100 zł

wino - 35 zł

świecznik - 56 zł

obrus - 40 zł

narzuta na łóżko - 120 zł

łosoś - 25 zł

balsam do ciała - 30 zł

Dlaczego tylko w Szwajcarii są schrony atomowe. Czy można kupić komuś anonimowo taki schron? Popielniczka. Podobno jak się coś pisze kilka razy, to tak się stanie. Bardzo lubię dym. Bardzo lubię dym od papierosów. Bardzo lubię dym od papierosów. Boję się o jego płuca. Nie wiedziałam, że można kochać czyjeś płuca. Ciekawe, jak się zaciąga kredyt, bo muszę".

Niedziela - pismo jak niepokojący elektrokardiogram:

"Zadzwonił wczoraj wieczorem, że jak przyjdzie, to zapyta mnie o coś ważnego".

"Poniedziałek 15 listopada

Kiedy skończyliśmy jeść, zapytał mnie, jak zagadać do tej Sylwii. Załatwić kredyt.

serek topiony - 1,50

1 bułka - 40 gr

kangur-przytulanka - 6 zł

pół lit..."

Dalej pismo nieczytelne *


Oni

Para to coś innego niż dwoje ludzi. Prawdziwa para zdarza się rzadko. Patrzy na sprawy i rzeczy oczami drugiej połowy. Mówi o sobie "My" i nigdy inaczej. Widząc coś godnego uwagi, sprawdza, czy druga połowa widziała. Jeśli nie widziała, to tak, jakby tego czegoś nie było. Przed najdrobniejszą decyzją para musi się upewnić u swojej połowy choćby spojrzeniem. Para jest całością bez względu na okoliczności.

Najpierw poleciało szkło, a potem usłyszałam krzyk kobiety. Był mieszaniną agresji i strachu. Przez rozbitą szybę leciały na przemian przekleństwa i błagania o pomoc. Najdziwniejsze było jednak to, że ludzie idący obok tego domu nie zwracali na krzyk najmniejszej uwagi. Odeszli tylko dalej od okna, bo pękło po raz drugi, a krzesło wbiło się w szybę i upadło na parapet. Towarzyszył temu potworny ryk mężczyzny. Wył jakoś pierwotnie, naprawdę przerażająco, a ludzie nic. Tylko ja się zatrzymałam wpatrzona w rozbitą szybę, za którą nic nie było widać.

- Oni tak zawsze - mruknął jakiś mężczyzna, przechodząc obok mnie. - Tłuką się od lat. Kiedyś się zabiją.

Tak się złożyło, że zaczęłam bywać w tej dzielnicy. I pewnego dnia Ich zobaczyłam. Stali w bramie domu z rozbitym oknem i nie było wątpliwości, że to oni. Stali nieruchomo, wpatrzeni w ulicę i wyglądali jak przyprószeni wapnem. Może zresztą jakaś ściana na nich spadła, ale to raczej była szarość skóry. On miał złamany nos i wypukłe czoło alkoholika, ona długie siwoszare włosy zwisające spod beretu. Byli tego samego wzrostu, wysocy, chudzi i jakby nieobecni. Dopiero po chwili zauważyłam, że są kompletnie pijani. Nagle odwrócili się jak na komendę i weszli do domu. I zaczęło się. Wycie, wrzaski, łomot mebli. Kilka dni później znowu stali w bramie. Podeszłam i zapytałam: - Przepraszam, gdzie tu jest sklep spożywczy?

Nawet na mnie nie spojrzeli. Spojrzeli na siebie.

- My nie chodzimy do spożywczego - i oboje tak się do siebie uśmiechnęli, jakby to było coś bardzo dowcipnego. Potem ona zobaczyła coś na ziemi i od razu spojrzała na niego. To był papierek podobny do pieniądza. On podszedł do papierka i spojrzał na nią. Ale to nie był pieniądz, więc spojrzeli na siebie i on wyrzucił papierek. Potem popatrzyli na wystawę cukierni, weszli do środka i wyszli z eklerką. On odgryzł kawałek, a potem podał jej i patrzył, jak gryzie. Miałam wrażenie, że dopóki ona nie połknie, on nie poczuje smaku. Ona go o coś spytała, on sięgnął do kieszeni i coś powiedział. Ona zaczęła na niego wrzeszczeć. Potem weszła do bramy i wróciła, żeby go popchnąć. Wtedy on zaczął krzyczeć. Poza przekleństwami i wyzwiskami krzyczeli jakieś daty i imiona, że "Zdzisiek wczoraj, nie wczoraj, kurwo, tylko jutro", a ona go za to słowo "jutro" uderzyła po głowie i odeszła. I wtedy pod bramę zajechał żółty sportowy samochód. On znieruchomiał z zachwytu i zawołał w kierunku bramy: - Chodź tu! No chodź tu, kurwa!

Wbiegł do bramy i przyprowadził ją na ulicę. Stała obok, czekając, aż on się napatrzy. Potem weszli do domu. Jeszcze kilka razy widziałam ich przed bramą - przyprószonych, posągowych, pijanych, ze śladami walki. Czasem w bramie stało tylko jedno z nich i wtedy tych śladów było więcej.

- To pani piesek? - spytałam, kiedy obok Niej kręcił się w bramie pokraczny kundelek. - Nie. My nie mamy psów - mruknęła, zasłaniając włosami podbite oko.

Ostatnio On stał w bramie sam i wtedy na ulicy wydarzyło się coś bardzo śmiesznego - zabawa wiatru z kapeluszem pewnego pana. Cała ulica pękała ze śmiechu, kiedy kapelusz podskakiwał po chodniku, latał w powietrzu i nie dawał się złapać. Tylko On stał w bramie i przyglądał się temu ponuro. Czasem zerkał na rozbite okno, ale za szybą nikogo nie było. Im więcej ludzi się śmiało, tym bardziej On robił się ponury. Nic dziwnego. Jest to przecież bardzo smutne, kiedy coś wesołego widzi się tylko w połowie.


Oda do młodosci

WYSOKIE OBCASY nr 23 dodatek do Gazety Wyborczej nr 132, wydanie waw z dnia 07/06/2003 , str. 35

Wychodząc naprzeciw powadze chwili, postanowiłam przybliżyć nam jedno z narodowych arcydzieł. Oto (dość szybkie i pobieżne) tłumaczenie "Ody do młodości" Adama Mickiewicza (we fragmentach).

Bez serc, bez ducha,

to szkieletów ludy;

Młodości! dodaj mi skrzydła!

Niech nad martwym

wzlecę światem

W rajską dziedzinę ułudy:

Kędy zapał tworzy cudy,

Nowości potrząsa kwiatem

I obleka w nadziei

złote malowidła.

Niechaj, kogo wiek zamroczy,

Chyląc ku ziemi poradlone czoło,

Takie widzi świata koło,

Jakie tępymi zakreśla oczy.

Młodości! ty nad poziomy

Wylatuj, a okiem słońca

Ludzkości całe ogromy

Przeniknij z końca do końca.

Patrz na dół

- kędy wieczna mgła zaciemia

Obszar gnuśności

zalany odmętem;

To ziemia!

Patrz, jak nad jej wody trupie

Wzbił się jakiś płaz w skorupie.

Sam sobie sterem,

żeglarzem, okrętem;

Goniąc za żywiołkami

drobniejszego płazu,

To się wzbija, to w głąb wali;

Nie lgnie do niego fala,

ani on do fali;

A wtem jak bańka prysnął

o szmat głazu.

Nikt nie znał jego życia,

nie zna jego zguby:

To samoluby!

Młodości! tobie nektar żywota

Natenczas słodki,

gdy z innymi dzielę:

Serca niebieskie poi wesele,

Kiedy je razem nić

powiąże złota. (...)

(...) Dzieckiem w kolebce

kto łeb urwał Hydrze,

Ten młody zdusi Centaury,

Piekłu ofiarę wydrze,

Do nieba pójdzie po laury.

Hej! ramię do ramienia!

spólnymi łańcuchy

Opaszmy ziemskie kolisko!

Zestrzelmy myśli

w jedno ognisko

I w jedno ognisko duchy!...

Dalej, bryło, z posad świata!

Nowymi cię pchniemy tory,

Aż opleśniałej zbywszy się kory,

Zielone przypomnisz lata.(...)

(...) W krajach ludzkości

Jeszcze noc głucha:

Żywioły chęci

Jeszcze są w wojnie;

Oto miłość ogniem zionie,

Wyjdzie z zamętu świat ducha:

Młodość go pocznie

Na swoim łonie,

A przyjaźń w wieczne

Skojarzy spojnie.

Pryskają nieczułe lody

I przesądy światło ćmiące;

Witaj, jutrzenko swobody,

Zbawienia za tobą słońce!

Zero klimatu.

Totalne próchno.

Więcej czadu!

Ostra jazda nad tą trumną!

Superodlot!

Tak na maksa, że świrujesz!

Mózg się lasuje

i jedziesz od zera

i zwisa ci deprecha

i masz jazdę na Ekstrażycie!

Próchna, betony

w dole totalnym

tyle kumają,

ile dostają

Małolaty! Dajcie czadu!

Dajcie żaru!

Totalnie!

Optymalnie!

Wszędzie ogólna ściema

odpady

jedzie chemia

Ziemia

A woda chlorem i ropą.

Patrz, jak kasę sobie nabija

kolejny gościu

I wciska ci,

że świat naprawia,

a on fura i komóra

raz wydatki, raz podatki,

a świat ma tam,

gdzie świat ma jego!

A jak koleś zniknie

albo się przewróci,

to nikt nie wie,

czy ktoś jego,

czy on sam siebie

Małolacie!

wyluzuj!

Masz kolesiów od groma

z angielskim się dogadasz

i Europa Twoja!

jak dadzą zniżki na kolej

Jeszcze jako szczeniak

wierzgałeś w łóżeczku

masz pałer, głowa mała!

Szarpniesz firmie, co twoje!

Albo będziesz idolem!

Zdzwońmy kolesiów

co też szukają roboty

(wystarczy z Europy).

Skupimy się moment

przy jednym ognisku

i ruszymy tę ogólną trumnę

i będzie ekstra

superjazda,

zero badziewia.

Wypas na maksa

Tyle jeszcze

ciemnoty,

co chce rządzić,

a się boi

seksualnie zakręconych.

Trzeba im zrobić trochę jogi

młodzi guru,

nauczą ich luzu

oddychać głęboko.

I spoko.

I luz! Nawet z dredami

i kolesiem gejem

jak pojedziesz na wesele,

to będzie jazda na maksa!

Super! Total! Ekstraczad!

Odlot! Żar!


Szopka

WYSOKIE OBCASY nr 51 dodatek do Gazety Wyborczej nr 297, wydanie waw z dnia 21/12/2002 , str. 38

FELIETON PRÓBA GŁOSU

Jechałam już czwartą godzinę i cały czas za szybami samochodu widziałam białe płaszczyzny śniegu. Zaczęło mi się od tej bieli kręcić w głowie, dlatego w pierwszej chwili uznałam go za rodzaj śnieżnej fatamorgany. Zwolniłam trochę, ale po jakimś czasie nie było już wątpliwości: po zaśnieżonym polu biegł anioł. Jego biała szata wtapiała się w kolor pól, ale skrzydła odcinały się wyraźnie na tle nieba. Anioł pędził przez pole z zaciśniętymi pięściami, oglądał się za siebie, jakby go ktoś gonił. Zatrzymałam samochód oniemiała ze zdumienia. Na horyzoncie majaczyły jakieś domy i właśnie z tamtej strony po chwili nadciągnęło całe stado. Stado aniołów. Biegły w stronę pierwszego anioła, który podniósł białą koszulę, pokazując chude, dziecięce nogi - wreszcie znalazł się blisko mojego samochodu i zdyszany zawołał:

- Mogę wejść?

Otworzyłam drzwi, a on wpakował się do samochodu, co nie było łatwe ze względu na rozmiar skrzydeł. W lusterku zobaczyłam chłopięcą buzię.

- Jak ja ich dorwę, to zobaczą - powiedział, patrząc w stronę stada aniołów, które zwolniło wyraźnie i rozpierzchło się po polu.

- Co się stało? - zapytałam chłopca, który oglądał w lusterku siniaka pod lewym okiem.

- Szukają Pana Jezusa - powiedział, dotykając przedniego zęba, bo ruszał się niebezpiecznie. - Pan Jezus się zgubił. Myślą kretyni, że mi wypadł spod koszuli. A na co mi lalka sołtysa.

- Lalka sołtysa?

- Lalka Pauliny, córki sołtysa. Moim zdaniem ta lalka się w ogóle na Jezusa nie nadaje. Ale kto będzie z Pauliną dyskutował, jak ona jest Matką Boską - chłopak patrzył niespokojnie w stronę pola, gdzie stado aniołów zebrało się w małą grupkę. - A Paulina zresztą to taka Matka Boska jak mój wujek. Za gruba i fałszuje. Ale ksiądz nam powiedział, że sołtysowi zależy, a on mu nie może odmówić, bo sołtys jest lewica, a jakby ksiądz lewicy odmówił, to znaczy, że się miesza do polityki i dlatego Paulina jest Matką Boską, a nie moja siostra.

- A twoja siostra ładnie śpiewa?

- Jak anioł. I podobna. Ja zresztą też niestety mam słuch. Bo jakbym gorzej śpiewał, to bym grał Józefa. Fajnie ma - nic nie mówi, tylko stoi. Stasiek miał grać Józefa, ale jego matka chciała, żeby był aniołem, a jego matka pierogi robi i lepiej, żeby się nie obraziła, bo nie przyniesie pierogów na jasełka.

- To kto ukradł Pana Jezusa?

- Pewnie Tadek. Bo gra króla Murzyna i Paulina do niego powiedziała, że jest Żydem. A tata Staśka nie gada z sołtysem od pięciu lat i Stasiek powiedział, że nie będzie Paulinie dawał żadnej mirry, bo to córka złodzieja.

- Chłopak popatrzył przez szybę - to ja już pójdę na próbę. Późno się zrobiło.

- A nie boisz się tych aniołów?

- Boję się, ale jak się spóźnię na próbę, to moją siostrę jeszcze gorzej pobiją - patrzyłam, jak dołączył do stada aniołów i wszystkie razem pobiegły w stronę domów oprószonych śniegiem.

Późnym wieczorem wracałam tą samą drogą. Jakaś kobieta szła wolno skrajem szosy.

- Powieźć panią? - spytałam.

- Dziękuję, taka jestem najedzona, że ledwo idę. Z jasełek wracam. Pięknie było. Dzieciaki kolędy śpiewały, popłakaliśmy się jak te bobry. I stroje piękne, i choinka wielka taka.

- A Pan Jezus był?

- Nie. Zgubił się podobno. Pusta kołyska była. Ale kto by tam na to patrzył...

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Cena uśmiechu

WYSOKIE OBCASY nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 245, wydanie waw z dnia 19/10/2002 , str. 45

FELIETON PRÓBA GŁOSU

- Przepraszam, czy to krzesło jest wolne? - myślałam, że chłopak chce zabrać krzesło, dlatego skinęłam głową. Ale on po prostu się przysiadł. Spojrzałam na niego zdziwiona i wtedy zaczęła się moja męka. Skąd ja go znam! Bo przecież znam go dobrze! Codziennie go widuję! Rękę, nogę, głowę dam sobie uciąć, że codziennie! Stolik kawiarniany był mały - siedzieliśmy blisko siebie, więc robiłam wszystko, żeby nie wpatrywać się w tę twarz, którą i tak mogłabym dokładnie opisać. Ale skąd?! Dlaczego wiem tak dobrze, że on ma zielone oczy, piegi na czole i nosie, że ma duże usta i kreskę na środku podbródka! Dlaczego nawet wtedy, kiedy na niego nie patrzę, mam jego twarz przed oczami i mogę przysiąc, że to jest ktoś znajomy! A przecież nie zachowywał się jak znajomy.

Z nosem utkwionym w karcie dań w ogóle nie przyjmował do wiadomości, że siedzi z kimkolwiek. Cieszyłam się zresztą, że na mnie nie patrzy, bo zerkając na niego ukradkowo, zaczęłam przymierzać mu w myślach różne kostiumy. Może to jest fryzjer? Może siedzi w kiosku i codziennie sprzedaje mi gazetę? Może znam go z wakacyjnej plaży? Może roznosi pizzę? Kiedy nagle spotkaliśmy się wzrokiem i spojrzał na mnie tymi zielonymi oczami, przeraziłam się sama swojej pewności, że on na mnie codziennie tak patrzy! Że codziennie przygląda mi się z uwagą! Tylko skąd? Dlaczego? Nie wytrzymałam. Jak mogłam wytrzymać!

- Przepraszam pana - chłopak spojrzał na mnie tak ponuro, że powinno mi się odechcieć dalszych pytań - ale jestem pewna, po prostu pewna, że się znamy. Nie?

- Nie - powiedział chłopak i dziwnie przestraszony rozejrzał się dookoła.

- Musiałam gdzieś pana widzieć.

- Musiała pani. Wszyscy mnie wszędzie widzą.

- Nie rozumiem.

- Ja też siebie wszędzie widzę.

- Pan też?

- Tak. Nie mogę już tego wytrzymać. Wszędzie siebie widzę.

- Na przykład tutaj? Też pan siebie widzi?

- Nie, tutaj mnie nie ma. Ale jak już wyjdę za róg, to od razu siebie zobaczę. A najgorzej w centrum. Bo w centrum jestem ogromny.

- W centrum pan rośnie?

- Nie. Ja w centrum wiszę. Zresztą gdzie ja nie wiszę...

- Przepraszam, ale nie rozumiem.

- Nie? To zaraz pani zrozumie - i nagle wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Wtedy mnie olśniło. No oczywiście! Przecież on wisi w centrum! I na mojej ulicy! Wszędzie wisi!

Przecież to jest chłopak z reklamy, chłopak, który uśmiecha się ze zdjęcia, patrząc w oczy każdego przechodnia!

- Tak! Teraz pana poznaję! Ten uśmiech...

- Niech mi pani nie mówi o moim uśmiechu. Wystarczy, że widzę go codziennie. Dla głupiej forsy zgodziłem się uśmiechać. Podpisałem umowę i mieli mnie. W tym studiu wrzeszczeli, że się kiepsko uśmiecham, że nieszczerze, że nie mam spontaniczności, że jestem sztywniak, a ja zamiast wyjść, uśmiechałem się coraz szerzej. Nienawidziłem ich, nienawidziłem siebie, a uśmiechałem się. Potem przyszła moja dziewczyna i ten fotograf zaczął ją podrywać. Na moich oczach. A ja się uśmiechałem. Wyć mi się chciało, w zęby mu dać mi się chciało, a uśmiechałem się. I teraz ja ten swój uśmiech oglądam na każdej ulicy.

Kiedy wyszłam z kawiarni, zaraz za rogiem natknęłam się na reklamę ze zdjęciem tego chłopaka. Nie będę długo pamiętać, co reklamował. Ale jego uśmiech zapamiętam do końca życia


 Bardzo drogi uśmiech

WYSOKIE OBCASY nr 11 dodatek do Gazety Wyborczej nr 62, wydanie waw z dnia 13/03/2004 , str. 52

FELIETON PRÓBA GŁOSU

Jestem na stronie przeznaczonej na reklamę! Przysięgam, że nie znalazłam się tu dzięki znajomościom, tylko dziełem przypadku, ale jednak. Co za odpowiedzialność! Ze strony przeznaczonej na reklamę mogę wejść w waszą podświadomość! Te litery zmienią się w małe robaczki, które zajdą wam za siódmą skórę i złożą tam jajeczka! A więc powinnam coś zareklamować.

Oczywiście honorarium za felieton ma się tak do honorarium za reklamę jak ząb myszy do Mont Blanc. Z drugiej strony po co mi Mont Blanc? Za długo już żyję, żeby nie wiedzieć, że ząb myszy i Mont Blanc to to samo.

Wszystko jest kwestią radości życia.

Mam tremę. Nigdy nie wzięłam reklamy, bo póki mam siły, żeby zarobić w swoim zawodzie, nie widzę powodu, żeby się wyprzedawać po kawałku ze swojej twarzy. Ale uwielbiam oglądać reklamy! Oczywiście dobre reklamy. To jedna z dziedzin współczesnej sztuki. Powinna mieć swoją muzę i swoich wieszczów. Zresztą pewnie ma.

Bywają reklamy genialne, reklamy dzieła sztuki. I jak w każdej dziedzinie sztuki bywają buble, kicze i szczyty głupoty. I widać gołym okiem, czy się ktoś przyłożył, czy robi łaskę. A za takie pieniądze powinien się przyłożyć.

Bywają osoby, które emanują z ekranu takim blaskiem, urodą, ciepłem, że pal sześć komercję - dobrze, że chociaż one się do nas uśmiechają. Ale czasem mam ochotę zawołać - uśmiechaj się, cholera, szczerze za taką forsę!

A więc powinnam coś zareklamować. Naprawdę dobra reklama zaskakuje. Niby zwraca uwagę na jakiś produkt, na przykład na lekarstwo, a tu nagle okazuje się, że chodzi o pastę do zębów.

Zresztą co tam reklamy. Straszny dokument widziałam w telewizji. Pokazują to często chyba ku przestrodze. Młody człowiek, prawdopodobnie bez pracy, postanowił zostać ulicznym połykaczem ognia. Wyszedł na ulicę, podniósł do ust płonące drzewce i już-już miał połknąć ogromny płomień w sposób wiadomy tylko połykaczom, ale zagapił się albo stremował i połknął ogień naprawdę. Zapłonął po same trzewia i zawył z bólu na całą ulicę.

I wtedy właśnie nadbiegły dwie kobiety, prawdopodobnie matka z córką spieszące na zakupy albo do kina, i... psiknęły w niego... Tantum Verde! Po czym uciekły - tak szybko, że jeszcze dotąd nie dogoniła ich policja.

Na litość boską, za żadne pieniądze nie gaście połykaczy ognia Tantum Verde! Przeczytajcie ulotkę! Tam jest napisane: "Trzymać w temperaturze pokojowej"! To chlorowodorek benzydaminy i nie można go lać na ogień! Chcę dodać, że to dobre lekarstwo, o czym mogę powiedzieć z czystym sumieniem i za darmo.

Każdy z nas może kiedyś zostać połykaczem ognia. Nigdy nie wiadomo, od kogo i kiedy odwróci się fortuna. Nie śmiejmy się z połykaczy ognia. Uśmiechajmy się do nich. Ale szczerze.

Jak to zrobić?

Używajcie mojej ukochanej pasty do zębów! Sprawia ona, że wasz uśmiech przenika do serca każdego przechodnia! Dzięki mojej ukochanej paście do zębów uśmiechamy się chętnie i bezinteresownie, ot tak, żeby było miło. Naprawdę warto! Szczery uśmiech szybko ugasi ból

Do księgarń trafiła nowa książka Joanny Szczepkowskiej "Fragmenty z życia lustra" (Wydawnictwo Literackie)


Sztuka pisania

WYSOKIE OBCASY nr 9 dodatek do Gazety Wyborczej nr 50, wydanie waw z dnia 28/02/2004 , str. 50

 

To jeszcze nie nastąpiło. To się dopiero czai. Może za parę lat, może za kilka miesięcy... Na razie istnieje tylko w mojej wyobraźni. Taka mianowicie telefoniczna scenka:

- (nieśmiały głos w słuchawce) Hallo... Czy to wydawnictwo?

- Tak. Słucham pana.

- Napisałem książkę.

- Świetnie. W takim razie proszę przysłać zdjęcie.

- Zdjęcie? Nie książkę?

- Na początek zdjęcie. Musimy sprawdzić, czy jest pan fotogeniczny, zanim zabierzemy się do czytania.

- Chyba nie jestem. Na zdjęciach wyglądam jak po torturach. Nie znoszę fotografowania.

- No to bardzo nam przykro. Współczesny pisarz musi być fotogeniczny.

- Ale... to jest chyba naprawdę dobra książka.

- Tym gorzej, proszę pana. Mamy obowiązek wypromować dobrą książkę. A to kosztuje. Jak pan sobie wyobraża powodzenie billboardu z człowiekiem jak po torturach? To odstręczy. Im lepszy jest pisarz, tym bardziej musi być fotogeniczny. No, chyba że jest pan po przejściach. Ludzie po przejściach dobrze się sprzedają.

- Jestem po przejściach. Pisząc, przeżywałem męki, depresje, zwątpienia.

- Co kogo obchodzi pana męka twórcza? To musi być coś, do czego się pan na przykład otwarcie przyznaje. Jest coś, do czego może się pan otwarcie przyznać?

- A co to by mogło być?

- Niewiele już zostało, niestety. Do homoseksualizmu przyznają się wszyscy, do alkoholizmu nawet ci, którzy nie wzięli alkoholu do ust, została jeszcze agresja i impotencja. Może się pan otwarcie przyznać do impotencji?

- Nie wiem. Ostatnio tak się zapamiętałem w pisaniu.

- No to nie ma pan niczego, co mogłoby zainteresować czytelnika. Z czym mógłby się utożsamić? Bez utożsamienia się nic nie idzie. Samobójcy nieźle się sprzedają...

- Jak mam to rozumieć?

- Jak pan chce. Albo pan walczy o czytelnika, albo nie mamy o czym mówić.

(cisza w słuchawce)

- Poza tym czy mi się zdaje, czy pan sepleni?

- Od dziecka.

- No to niech pan nie pisze dobrych książek, tylko idzie do logopedy. Dobry pisarz nie może seplenić. Dobry pisarz daje wywiady w radiu, w telewizji. A media mają swoje wymagania.

- Nie znoszę mediów. Jestem bardzo nieśmiały. Pewnie dlatego piszę.

- To niech pan najpierw idzie do psychoterapeuty. Co nam z dobrego pisarza, jeżeli on ma fobię społeczną. Dobry pisarz musi obdzielać sobą jak najszerszą publiczność.

- To znaczy czytelników, chciał pan powiedzieć?

- Tak... tak... ona chce wiedzieć, co pan je na śniadanie, z kim pan sypia, jaką bieliznę pan lubi, jakie ma pan zwierzątko.

- Nie znoszę zwierząt.

- I pan się zabiera do pisania? Jeżeli pan chce, żeby pana czytali, musi pan mieć zwierzątko. Publiczność to kocha.

- Widzę, że nie mam szans.

- No cóż, człowiek albo się rodzi pisarzem, albo nie. Na siłę nikt z nikogo artysty nie zrobi. Niech pan się zajmie czymś innym.

PS Wszelkie podobieństwo do osób i faktów jest niezamierzone. To się dopiero czai


O miłości pięknego do brzydkiej

WYSOKIE OBCASY nr 7 dodatek do Gazety Wyborczej nr 38, wydanie waw z dnia 14/02/2004 , str. 31

FELIETON PRÓBA GŁOSU

- Czy można dostać coś na zapalenie spojówek bez recepty? - To był głos uwodzicielski, głos kogoś, kto wie, że robi wrażenie, i nawet jest tym troszkę znudzony. I rzeczywiście. Ten chłopak był chyba chowany na jakichś wyjątkowych witaminach. Cała apteka na niego patrzyła i mimowolnie wszyscy słuchali tego, co mówił pochylony do okienka. A mówił:

- Oczy jej ropieją. Aha. I ma pani coś na krosty? To znaczy ja nie wiem, co to jest, ale jak ją dotykam, to czuję takie jakby krosty. I na nogach. Niedużo, bo ona krótkie te nogi ma. Może jakąś maść czy coś. Tylko na raz, bo ona trochę nerwowa jest i mimo że nieduża, to można oberwać.

Kiedy wychodził obładowany lekarstwami, wszyscy patrzyli na niego, myśląc, jaki może być powód, dla którego ten chłopak stoi godzinę w kolejce dla istoty, której lepiej sobie nie wyobrażać. A ja znam tego chłopaka i znam ten powód. To miłość. I będzie trwała dozgonnie. Że niemożliwe? Że ona jest brzydka, a on piękny? Że nie ma takich związków?

Otóż on ją kocha. A ona jest jeszcze brzydsza, niż możecie sobie wyobrazić. Ponura i niesympatyczna. Paskudna po prostu. Skąd wiem? Należymy do tej samej grupy. Widujemy się przecież codziennie. Dlaczego się spotykamy? Z miłości. Jest nas kilka osób. Istnieją ludzie, którzy naprawdę umieją kochać. Stworzyć ze swojego życia oazę dla ukochanej istoty, żyć jej

życiem. Bo miłość to nie jest stan, tylko cecha. Albo się umie kochać, albo nie.

Otóż istnieją grupy, raczej grupki ludzi, którzy umieją kochać spontanicznie zrzeszeni stanem uniesienia. Można ich spotkać tylko rano albo późnym popołudniem. Gromadzą się godzinę przed pracą na łąkach, w parkach, w małych laskach. Niezwykły jest to widok.

Wyobraźcie sobie:

na białym śniegu raniutko, przestępując z nogi na nogę, z zziębniętymi rękami w kieszeniach biedny i bogata, intelektualistka i uliczny pijaczek... zbierają się po pięciu, czasem więcej. Są tu niezależnie od pogody. Brodzą w śniegu, w kałużach, drepczą po oblodzonych dróżkach, tylko po to, żeby pobyć razem z obiektem miłości.

Czasem już z daleka słychać ich nawoływania. Po całej łące w ciszy poranka wołają imiona ukochanych z miłością, z niepokojem, z zachwytem. Brzmi to trochę tak, jakby zbłąkane dusze szukały się nawzajem, ale oni naprawdę istnieją. Można do nich podejść, porozmawiać. Robią to bardzo chętnie, bo są życzliwi innym ludziom jak każdy człowiek w stanie uniesienia. Mówią wtedy o nich. O obiektach swojej miłości. Ich związki trwają po kilka miesięcy, kilka, kilkanaście lat. Trwają w nieustannej miłości pełnej poświęceń i wyrzeczeń.

A nie jest to łatwa miłość. Można tu posłuchać o ucieczkach, o nieustannym hałasie, chorobach, bójkach, o zadanych ranach. Jednak tylko tutaj piękna dziewczyna patrzy z podziwem i czułością na rzadki okaz pokractwa, który w dodatku kompletnie ją olewa. Tylko tutaj chłopak, o którym śnią dziewczyny, zwierza się, że "oczy jej ropieją". Tylko tutaj można spotkać parę brzydkiego z tak piękną, że dech zapiera. W dodatku piękna tuli się do brzydkiego, przybiega na każde gwizdnięcie, uszy podnosi, jęzor wywala, ogonem macha.

My, psiarze, wiemy, że miłość cierpliwa jest, nie szuka poklasku, nie unosi się gniewem. My, psiarze, wiemy, że miłość to wyszarpywanie z pyska zgniłych odpadów, szarpanina na smyczy, mycie sierści wytarzanej w odchodach, najlepszy płaszcz w błotnistych śladach łap, najlepsze buty w strzępach, kanapy jak psu z gardła wyjęte. A w zamian tylko te oczy, ten ogon rozmachany, ten ciepły pysk przy policzku. My, psiarze, umiemy kochać i poświęcać swój czas, w którym moglibyśmy odnosić sukcesy i kochać innych ludzi. U nas Dzień Zakochanych trwa całe lata. Czy jest gdzieś łąka człowieczarzy?

Takich łąk życzy w walentynki zakochana nieprzytomnie w rudej potworzycy, w odkurzaczu śmietnikowym, w złodziejce śniadań i czasu, morderczyni butów, foteli i kariery

JOANNA

SZCZEPKOWSKA


 Być kobietą

WYSOKIE OBCASY nr 3 dodatek do Gazety Wyborczej nr 14, wydanie waw z dnia 17/01/2004 , str. 48

 

Tym razem zadany temat. "Wysokie Obcasy" postawiły mnie przed pytaniem: Czy kiedyś żałowałam, że jestem kobietą? Czy czułam gorycz z tego powodu? Inaczej mówiąc - czy mnie kiedyś "wyautowali"?

Trudne pytanie, bo z uporem trzymam się zdania, że ludzie bez względu na płeć mają większą bądź mniejszą wrażliwość i tylko tu przebiega linia podziału. Poza tym chyba mam w genach przeświadczenie, że "moc" to męskość. Pewnie dlatego, że wychowałam się w rodzinie, gdzie kult "głowy rodziny" miał całkowite uzasadnienie. Mężczyźni byli prawdziwymi indywidualnościami, ludźmi twórczymi, pasjonatami swojej pracy, z której utrzymywali dom. Kobiety to były "wielkie żony". Swoją indywidualność i pasje skupiły na zapewnieniu tym mężczyznom klimatu do odpoczynku i pracy. Kiedy mężowie pracowali w domu, cisza była wręcz celebrowana. Można powiedzieć "święta cisza".

Jestem pierwszą kobietą w rodzinie, która ma zawód i niezależność. Ale kiedy mężczyźni w mojej rodzinie pracowali, ich zamknięte drzwi obchodziło się na palcach. Do mnie stale ktoś "nieśmiało puka". Dom domaga się ciągle mojej obecności, opinii, inspiracji, jedzenia, dom cały czas czegoś ode mnie wymaga. A ja to coś muszę dać, bo inaczej nie czułabym się spełniona jako kobieta. Z drugiej strony ten dom z mojej pracy żyje. I czasem myślę... że do szczęścia brakuje mi żony. Poważnie. Takiej żony, jaką miał mój dziadek i mój ojciec. Gdybym nie była tak bardzo heteroseksualna, tobym się ożeniła. Niestety. Sama muszę być swoją żoną.

Kiedy było już oczywiste, że nie da się ujarzmić mojej potrzeby mówienia własnym głosem, że nie nadaję się na pionka do przesuwania, wielokrotnie byłam "autowana", ale zawsze broniłam się przed myślą, że to z powodu płci. Myślałam raczej, że ci ludzie mieli po prostu poczucie siły, a nie o tym, że to przeważnie mężczyźni, którzy myślą: "Nie będzie mi tu baba podskakiwać". Nie znaczy to jednak, że jestem ślepa. Myśl: "To tylko kobieta", tkwi u nas w świadomości tak głęboko, że żeby nie wiem jak zatykać uszy, to i tak odzywa się dzwonek alarmowy.

Kiedy miałam trzydzieści lat, za sobą wiele ról, przed sobą jeszcze więcej, pewnego dnia wzięłam głęboki oddech, zadzwoniłam do jednego z teatrów i poprosiłam do telefonu dyrektora, mówiąc: "Napisałam sztukę". W słuchawce słyszę głęboki jęk. Nieukrywany. Jakbym tego człowieka kopnęła w brzuch. Włożyłam sztukę z powrotem do szuflady, myśląc, że ten człowiek pewnie dostaje dziennie kilka sztuk, jakieś potworne grafomanie, i na każdą nową reaguje alergicznie. Traf chciał, że tego dnia przyszedł do mnie kolega. I kiedy opowiadał mi coś swoim niskim, męskim głosem, doznałam olśnienia. Poprosiłam go, żeby zrobił dla mnie jedną głupią rzecz. Żeby zadzwonił pod pewien numer i powiedział, że napisał sztukę. Po chwili trzymałam drugą słuchawkę, słuchając radosnego: "Naprawdę? No to przynoś pan jak najszybciej! Przecież czekamy na jakiś nowy dramat!".

Dostałam kiedyś propozycję zagrania i reżyserowania jednocześnie. Wahałam się, bo nawet własnej sztuki nie reżyserowałam. Powinno być oko z zewnątrz. Praca z dobrym reżyserem to cała frajda. Poradziłam się mężczyzny, któremu ufam. Pomyślał chwilę i powiedział z niesmakiem: "Masz grać i reżyserować? Jak pani X?".

Dlaczego jak pani X?! Może ja bym grała i reżyserowała jak pan X! I może, jeśli zrobiłabym to źle, to nie tak źle jak pani X, tylko tak źle jak pan X! A jeśli dobrze, to tak dobrze jak Strehler! Co ma płeć do tego?! Ten mężczyzna sam się zdziwił, kiedy uświadomiłam mu, że traktuje kobiety jak jakąś odległą i dość prymitywną planetę.

Jest rok 1989. "Proszę państwa, 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm" - mówię w "Dzienniku TV" ku publicznemu zdziwieniu. W jednym z komentarzy prasowych czytam: "Co ona zrobiła?! Te kobiety chyba oszalały". Dlaczego kobiety? Przecież nie powiedziałam: "Proszę państwa, skończył się komunizm dla kobiet!". Jeżeli nawet oszalałam, to przecież nie w imieniu kobiet, na litość boską! Czy gdyby to samo co ja powiedział pan X, ten człowiek napisałby: "Co on zrobił?! Ci mężczyźni chyba oszaleli!"?

Ale jeśli mam odpowiedzieć szczerze na pytanie, czy były chwile, kiedy żałowałam, że jestem kobietą, to powiem: tak, były. Ale sprawiły to także kobiety. Kobiety z poczuciem siły bywają tak samo niebezpieczne jak mężczyźni. Bo ludzie bez względu na płeć mają większą lub mniejszą wrażliwość i tylko tu przebiega linia podziału


Prezent

WYSOKIE OBCASY nr 51 dodatek do Gazety Wyborczej nr 296, wydanie waw z dnia 20/12/2003 , str. 60

FELIETON PRÓBA GŁOSU

Ze względu na zbliżające się święta chciałabym podarować Wam coś od siebie. Jakiś prezent. Coś, czego będziecie mogli użyć w szczególnej chwili. Mówiąc prościej, coś praktycznego. Niech będzie to:

"Poradnik szczęśliwego człowieka", czyli, jak okazywać radość na widok prezentów (zwłaszcza na widok nieokreślonej formy ze szkła o nieokreślonej przydatności).

"Słup soli"

Stajemy w pozycji wyprostowanej, ręka z prezentem zgięta, ręka pusta opuszczona. Powoli opuszczamy rękę z prezentem, jednocześnie otwierając usta. Figura jest wykonana poprawnie, jeżeli utrzymamy otwarte usta z opuszczonymi rękami ok. 30 s.

"Krakowiaczek"

Szybkim ruchem podnosimy do góry rękę z prezentem i robimy wyskok możliwie najwyżej. Figurę wykonujemy, wydając krótki okrzyk. Figura jest wykonana poprawnie, jeśli wyskok powtórzymy co najmniej trzy razy.

"Kleszcz"

Przywieramy do darczyńcy natychmiast po otwarciu prezentu. Należy zwracać uwagę na to, żeby całe ciało przywarło równomiernie, ani jeden mięsień nie powinien pozostać bierny. Prezent bez względu na jego wagę trzymamy ściśnięty w ręku za plecami darczyńcy. Figura jest wykonana poprawnie, jeżeli darczyńca nie będzie się mógł od nas uwolnić przez blisko 45 s. Podczas wykonywania "kleszcza" nie wydajemy żadnego dźwięku.

"Plastelinowy ludzik"

Po otwarciu prezentu należy całkowicie rozluźnić mięśnie udowe, lędźwiowe i ręce. Odliczamy do trzech, po czym osuwamy się na krzesło, jakbyśmy byli z gumy. Ręka z prezentem leży bezwładnie na prawym udzie (w wypadku osób leworęcznych na lewym). Figura jest wykonana poprawnie, jeżeli w stanie otępiennym pozostaniemy około minuty.

"Tańczący słup soli"

Wykonujemy figurę pierwszą (patrz "słup soli"). Następnie, nie zamykając ust, cofamy się powoli, podnosząc rękę z prezentem na wysokość oczu. Całość powinna sprawiać wrażenie stanu halucynacji. Figura jest wykonana poprawnie, jeżeli tempo cofania utrzyma się w granicach jeden krok na 3 s.

"Szalony dźwig"

Rękę z prezentem wyciągamy przed siebie, opuszczamy, podnosimy znowu, w stanie osłupienia (patrz "słup soli") rozglądamy się po rodzinie, następnie podbiegamy do każdego z obecnych, podtykając mu otrzymany prezent pod nos. Przy każdym zatrzymaniu wydajemy z siebie nieartykułowany okrzyk radości.

"Rolmops"

Pozycją wyjściową jest znowu "słup soli". Trzymając rękę z prezentem na wysokości oczu, po odliczeniu 3 s powoli przyciskamy prezent w okolicach żołądka, następnie jak najwolniej uginamy kolana, zwijając się w kulkę. Głowę chowamy w ramiona i pozostajemy w pozycji kucznej przez prawie 36 s. Następnie wolno podnosimy głowę, pokazując darczyńcy dolne i górne zęby. Figura wykonana jest poprawnie, kiedy zduszony przez nas prezent osiągnie temperaturę ciała.

"Trampolinista w transie"

Figura składa się z serii podskoków. W wypadku ciężkiego prezentu możemy położyć go na podłodze i skakać tuż obok. Podskoki należy wykonywać coraz wyżej. Figura wykonana jest poprawnie, kiedy rodzina zacznie wykazywać oznaki zaniepokojenia.

"Perpetuum mobile"

Figura jest wyższą formą "trampolinisty w transie". Skacząc, należy wykonywać piruety w powietrzu. Figura wykonana jest poprawnie, kiedy przy lądowaniu prezent pozostanie nienaruszony. Mistrz "perpetuum mobile" François Bijon z południowej Francji skakał do końca Wigilii.

"Poranna rosa"

To nie jest figura gimnastyczna, lecz stan wymagający koncentracji emocjonalnej. Polega na tak silnym skupieniu wzroku na trzymanym prezencie, aż w oczach pojawi się łzawa mgiełka. Nie podnosimy głowy tak długo, aż zbierze się dostateczna ilość mgiełki, żeby wyprodukować łzę. Wtedy powoli dźwigamy głowę, pilnując, żeby łza wyciekła z oka jak najpóźniej. "Poranna rosa" może być połączona z każdą z wyżej wymienionych figur.

"Koktajl Mołotowa"

Jest to dowolna kombinacja nie mniej niż pięciu wyżej wymienionych figur. Najsilniejsze wrażenie robi połączenie wszystkich. "Koktajl Mołotowa" jest wykonany poprawnie, jeżeli szklana forma nieokreślonej przydatności nie spadnie na podłogę.

Na koniec podaję figurę łatwą, ale efektowną:

"Przeciętna żyrafa"

Ciało ustawiamy w pozycji "słup soli", natomiast głowę trzymamy skierowaną w dół w kierunku ręki z prezentem. W miarę patrzenia wydłuża nam się szyja. Figura jest wykonana poprawnie, jeżeli szyja osiągnie długość około dwóch metrów.

Krótko mówiąc, wesołych świąt


Dzielę się

WYSOKIE OBCASY nr 39 dodatek do Gazety Wyborczej nr 226, wydanie waw z dnia 27/09/2003 , str. 49

Staram się obliczyć, ilu ich było. Zaczęłam się z nimi spotykać mniej więcej w dwunastym roku życia. Skończyłam z tym, mając osiemnaście lat. No więc, licząc, że w ciągu miesiąca przychodziło sześciu, ośmiu, to w ciągu roku... Nie obliczę tego. Nie umiem. Zresztą nawet nie pamiętam ich twarzy. Siedząc w fotelu bujanym, zawsze starałam się odgadnąć, jaki będzie ten następny, który stanie w drzwiach mojego pokoju. Potem, kiedy już zbliżał się do mnie, obserwowałam go fachowym okiem, bujając się dalej w fotelu. - Ile to potrwa? - myślałam, oceniając rzecz po sylwetce, rodzaju temperamentu i stanie ducha. Ten wyjdzie po pół godzinie, tamten z poczuciem winy, ten spróbuje dowiedzieć się czegoś o mnie, zrozumieć, dlaczego upadłam tak nisko, tamten wybiegnie z pokoju po dwudziestu minutach, ten po godzinie, z uśmiechem i poczuciem spełnienia. Tak. Już od dwunastego roku życia wiedziałam o mężczyznach prawie wszystko. Nie burzyłam od razu ich pewności siebie. Każdemu inaczej trzeba było powiedzieć, że ze mną nie jest tak jak z innymi. Że ja stawiam opór i dużo czasu minie, zanim znajdą do mnie drogę. I że muszą się liczyć z porażką. Że tu nie wystarczy doświadczenie, wiedza, siła perswazji czy spokoju. Że pieniądze pieniędzmi, ale o mnie trzeba walczyć jak rycerz ze "Śpiącej królewny", który wyciął stuletni las, żeby ożywić ją jednym pocałunkiem.

Ale oni, słuchając tych reguł gry, uśmiechali się, pewni swojej mocy i doświadczenia. Ilu ja ich widziałam stających w drzwiach pokoju - bojowników z męską piersią, w której biło serce mocne jak dzwon. Ilu ja ich widziałam wychodzących z pokoju: skulonych, zmizerniałych, postarzałych, przegranych. Ilu ja już ich widziałam, bujając się w swoim fotelu. Ilu przewinęło się przez moje życie! Ilu korepetytorów matematyki!

- No, ale to to już jest naprawdę proste. Nie rozumiesz, że jedna druga to jest więcej niż jedna czwarta?

- Nie rozumiem. Przecież cztery to więcej niż dwa.

- Popatrz. Mamy jabłko. Kroimy je na cztery części.

Ile jabłek oni pokroili! Ile pięknych czerwono-żółtych kul zamieniło się w gnijące cząsteczki. Cały ten pokrojony świat jednych szesnastych, jednych dwudziestych trzecich pachniał jabłkiem i był oczywisty jak to, że dwa jest dwa. Przecież nie jestem kretynką, żeby nie widzieć, że ta cząstka jest mniejsza od tamtej, a jeżeli jest ich szesnaście, to każda z nich jest jedną szesnastą. Tylko jaki to ma związek z pięterkiem dwóch cyfr przedzielonych kreseczką? Co ma przestawianie cząsteczek jabłka na moim stole do tego mrowiska liczb, od których kręci się w głowie i uginają się kolana? I które podobno dadzą się sprowadzić do jednej liczby?

Nigdy nie umiałam liczyć. I teraz też nie umiem. Nie mówię o prostych działaniach, które też robię wolniej niż inni, ale o podstawowych manipulacjach, wnioskach, przewidywaniach, że: "jakby to teraz podzielić, to po przemnożeniu i odjęciu tamtego wyjdzie nam suma, którą przemnożymy przez dwa i wyjdziemy na prostą". W obliczu cyfr dzieje się ze mną coś dziwnego. Wobec kartki zapisanej cyframi robię się senna, ogarnia mnie coś w rodzaju letargu, a poszczególne liczby w żaden sposób nie chcą być symbolem ilości - są znakami graficznymi, które widzę jako obraz. I tak było zawsze. I piszę o tym teraz, kiedy zaczyna się rok szkolny, żeby wzięli to pod uwagę nauczyciele, Ministerstwo Edukacji, a może nawet neurobiolodzy.

Otóż moim zdaniem istnieje coś w rodzaju matematycznej dysleksji. Dyslektycy ortograficzni zostali już dawno rozgrzeszeni, i dobrze. Ale czy nie należałoby pomyśleć o przypadkach podobnych do mojego? Czy określenie "niezdolny" jest na pewno właściwe dla tych, którzy nie widzą cyfr? Odkąd pamiętam, borykałam się z problemem przejścia do następnej klasy z powodu tej ułomności. Ratowały mnie spektakularne sukcesy na polu wypracowań z polskiego. Ale co z tymi, którzy nie mają takich sukcesów? Czy na pewno należy w nich gruntować kompleksy?

Łączę się z wami w bólu, dyslektycy matematyczni. Nie jesteście idiotami, tylko macie umysł ścisły inaczej. Wydano kupę pieniędzy na moich korepetytorów z matematyki. I co? Nawet nie umiem ich policzyć. A żyję


Drogi Anonimie!

WYSOKIE OBCASY nr 9 dodatek do Gazety Wyborczej nr 54, wydanie waw z dnia 05/03/2005 , str. 8

FELIETON

Od dłuższego czasu usiłujesz korespondować ze mną drogą pocztową. Twoi koledzy po piórze pisywali do mnie wielokrotnie, przez całe lata miałam do czynienia z twórczością anonimową i muszę powiedzieć, że jesteś mistrzem gatunku. Twój talent rozwija się z listu na list, masz imponująco bogate słownictwo i nie ulegasz manierze skrótów myślowych. Ja to głęboko szanuję i dlatego powinnam ci odpisać choćby po to, żeby wyrazić swój zachwyt. Każdy artysta potrzebuje akceptacji. Jest jeszcze jeden powód. W swoich miniarcydziełkach zawierasz pewne pytania i rady, na które powinnam ci odpowiedzieć, zwłaszcza że pojawiają się w każdym liście. Problem w tym, że twój gatunek literacki nie dopuszcza ujawniania adresu i nazwiska, więc nie mogę ci odpisać, chociaż uważam, że nasza korespondencja byłaby ciekawa i może nawet doczekałaby się wydania w twardej oprawie. Jednak czuję, że kilka istotnych punktów domaga się odpowiedzi, co też czynię ze względu na szacunek dla ludzi talentu. A więc piszesz:

Ty kurduplu, idź lepiej do teatru lalkowego, bo chyba tylko tam się nadajesz.

Odpowiadam:

Kurduple nie nadają się do teatrów lalkowych, ponieważ operowanie lalkami wymaga ogromnej siły. Kukły, pacynki, marionetki i inne lalki teatrów kukiełkowych poruszane są dzięki niezwykłej zręczności aktorów kształconych w tym kierunku przez lata. Manipulowanie lalką jest jedną z najtrudniejszych sztuk teatralnych i wymaga ogromnej zręczności manualnej. Nawet gdyby przyjęto mnie tam bez względu na nikły wzrost, i tak nie zdołałabym się nauczyć tej trudnej sztuki. Po prostu nie mam do tego talentu.

Piszesz:

I co ty zimna, pieprzona suczko możesz wiedzieć o ludziach.

Odpowiadam:

Oziębłość płciowa wśród zwierząt nie istnieje. Suki raz na pół roku mają tzw. ruję, która powoduje tak silny popęd płciowy, że zwierzę jest gotowe oddać się każdemu kundlowi choćby na śmietniku. Zastanawia mnie też użycie słowa "pieprzona". Suki zimne, a więc w okresie poza rują, nie wydzielają hormonów przyciągających psy, dlatego też stosunek płciowy z zimną suką jest niemożliwy. Sugerowałabym wykreślenie albo słowa "zimna", albo "pieprzona" i mielibyśmy całkiem poprawne zdanie.

Piszesz:

I kim ty byś była, gdyby nie twój wspaniały sławny tatuś?

Odpowiadam:

Byłabym prawdopodobnie schludną, zamożną i ładnie uczesaną kobietą. Mój sławny tatuś miał pogardliwy stosunek do pieniędzy, co, niestety, mi wpoił, a nie jest to w tych czasach zaletą. Miał nieokiełznane włosy, które po nim odziedziczyłam. Był wspaniały, ale miał wiele wad. Jak każdy sławny tatuś.

Piszesz:

I tak nie wygrasz, świrowata inteligentko.

Odpowiadam:

Nie wygram. Inteligenci rzadko wygrywają. Zwykle są trochę z tyłu, bo każde działanie poprzedza taka ilość wahań, że w końcu zawsze ktoś ich uprzedzi. Taka już ich uroda. Co do "świra". Ostatnio odwiedziłam dom dla schizofreników i muszę ci przyznać rację. Było tam kilku inteligentów. Często świrują i jest to obraz przygnębiający.

I jeszcze najlepsza wiadomość. Drogi Anonimie! Twoje listy do mnie dochodzą i działają tak, jak byś chciał. Nie jestem zdjęciem i nazwiskiem. Jestem osobą całkiem cielesną, której zależy na spokoju. Ty chcesz ten spokój zakłócić i jesteś skuteczny. A skuteczność to obecnie najbardziej ceniona cecha. Gratuluję, podziwiam i pozdrawiam.

JOANNA SZCZEPKOWSKA

PS Nie znam twojej płci, ale na wszelki wypadek najlepsze życzenia na Dzień Kobiet.


Do chłopca, którego widzę codziennie

WYSOKIE OBCASY nr 43 dodatek do Gazety Wyborczej nr 256, wydanie waw z dnia 30/10/2004 , str. 10

FELIETON

Często mam okazję przyglądać się temu chłopcu o smutnej twarzy i trochę przerażonych oczach. Zresztą nic dziwnego - jaką minę może mieć ośmioletni chłopiec, kiedy widzi przed sobą nieznajomą, dojrzałą kobietę, która co jakiś czas wpatruje się w niego, jakby zobaczyła go pierwszy raz? Na ile lat mnie ocenia? W jego wieku trzydzieści czy sto to właściwie to samo. Jesteśmy z różnych planet. On wie mniej niż ja, ale też ma przed sobą więcej czasu. Wygląda na to, że się mnie trochę boi. Może wyczuwa we mnie coś przerażającego? Nie bój się. Jestem, powiedzmy... dobrą czarownicą. Wróżką... Jasnowidzem.

Uśmiechnij się. Nic złego Cię nie czeka. Jesteś nieduży, drobnej budowy, najmniejszy w klasie. Pewnie Twój smutek stąd się bierze. Oczywiście jesteś pewien, że nie urośniesz nigdy. W Twoim wieku ta pewność jest naturalna. Tak się myśli: "Taki już zostanę - najmniejszy, przerażony, bezradny".

Urośniesz. Twoja głowa będzie wystawała ponad innych. Już niedługo zrozumiesz, że Twoją bronią jest dowcip, poczucie humoru, wyobraźnia. Schowasz ten swój przyrodzony smutek przed światem, który będzie otwierał przed Tobą wiele drzwi. W młodości spotkasz mistrzów. To jedna z najważniejszych rzeczy dla rozwoju młodego człowieka. Potem sam się staniesz mistrzem. Będziesz miał wiele stanowisk, odznaczeń, będziesz stał przed tłumami ludzi, którzy słuchać Cię będą z uwagą. Ale nie przewróci Ci się w głowie. Twoja broń, czyli dowcip, każe Ci patrzeć na siebie z dystansem. Ożenisz się z kobietą, która wszystkie siły odda, żeby stworzyć Ci dom. Będziesz miał dziecko. I niedużo czasu dla tego dziecka. Będzie miało podobny smutek w oku. I ten smutek schowa przed ludźmi, posługując się poczuciem humoru. Siłą genów. Kiedy dziecko dorośnie, zaprzyjaźnicie się i poznacie lepiej. Ale tak naprawdę, naprawdę dobrze Twoje dziecko zacznie Cię poznawać, kiedy odejdziesz. Bo odejdziesz. Jak każdy. Wtedy Twoje już dorosłe dziecko zacznie myśleć o Tobie, jakby czytało skończoną powieść. I za każdym razem odnajdzie w niej coś nowego. Coś, co pozwala zrozumieć więcej z Twojego dobrego, pełnego życia. Nie bój się. Będzie dobrze. Lepiej niż myślisz. Odkładam Twoje dziecinne zdjęcie na półkę.

Twoja córka, Tato.


Zygzak

WYSOKIE OBCASY nr 18 dodatek do Gazety Wyborczej nr 105, wydanie waw z dnia 06/05/2006 FELIETON, str. 8

Droga Pani! Żeby naprawdę Pani odpisać, muszę odpowiedzieć sobie sama na te kilka pytań, które mi Pani zadała. Zarzuca mi Pani niejednolitość zachowań, klimatów, publicznego istnienia. "Czy pani jest lewica, czy prawica?" - pyta Pani na przykład. Przyznam, że rzeczywiście nie mam pojęcia, i obawiam się, że nie mogę Pani usatysfakcjonować jednoznaczną odpowiedzią. Z Pani listu rozumiem, że wolałaby Pani utożsamiać mnie z "prawicą", skoro działałam w "Solidarności" i "odwołałam komunizm", a tu nagle w moich działaniach pojawiają się wątki, które kojarzą się Pani z lewicą, i teraz co? Weźmy taki przykład z Pani listu: w poniedziałek widzi mnie Pani w kościele św. Anny, gdzie biorę udział w koncercie złożonym z wierszy Ojca Świętego, a we wtorek zupełnie niedaleko, przed klubem Le Madame określanym jako gejowski, gdzie biorę czynny udział w proteście przeciwko likwidacji tego miejsca. To za czym ja właściwie stoję? Za Kościołem czy za pedałami? Za wiarą jestem czy za grzechem? Katoliczka podobno? Wierząca?

Pani Marzeno. Zastanówmy się razem. Odpowiedź pierwsza dotycząca tożsamości katolickiej i grzechu. Więc ja, Pani Marzeno, jestem grzeszną katoliczką. Jak większość katolików zresztą. Jak większość ludzi każdego wyznania. Mój katolicyzm łączy się z miejscem urodzenia. Gdybym urodziła się w Arabii Saudyjskiej, pewnie nie byłabym katoliczką. Ale dobrze mi z moim katolicyzmem - dekalog jest rusztowaniem, na którym mogę oprzeć mój niedoskonały wzór postępowania. Czy jestem wierząca? Mam nadzieję, że tak. Urodziłam się z poczuciem, że Bóg istnieje - do dziś mój Bóg ma siwą brodę, długą białą szatę i bardzo dobrą twarz. Raj to łąka z przewagą zieleni, mały staw i kilka łabędzi - dokładnie taki, jaki narysowałam w dzieciństwie - i wierzę w ten raj.

Teraz "Solidarność". Działałam w "Solidarności", byłam tam całym sercem, ale gdyby ktoś kazał położyć głowę za to, że był to ruch "prawicowy", to nie położę. Był to ruch rewolucyjny, walczący o godność ludzką, więc raczej do lewicowego bym go zaliczyła, chociaż za to zdanie może mi się nieźle oberwać.

Dalej. Brałam udział w koncercie wierszy Papieża z pełnym przekonaniem. Jest on dla mnie wzorem człowieka, który całe swoje życie odczuwał potrzebę rozwoju. Miał łaskę wiary, a świadomość, że ktoś żyje z takim darem, jest dla mnie źródłem siły. Same wiersze może nie są tak wielkie jak on sam, ale taki koncert to obcowanie z wielkim i dobrym duchem.

Następnego dnia, jak Pani słusznie zauważyła, byłam natomiast przed klubem Le Madame, gdzie z równym przekonaniem byłam obecna razem z młodymi ludźmi, którzy walczą o zachowanie tego miejsca. Dlaczego tam byłam? W obronie swojego miasta. Miasto jako zjawisko jest raczej paskudne. Jedyne, co w nim dobre, to to, że może być miejscem spotkań. Im więcej jest w mieście spotkań, tym miasto jest wartościowsze. Le Madame to miejsce otwarte na wymianę myśli. Miejsce o szczególnym klimacie tolerancji dla takich samych zachowań par gejowskich, na jakie mogą sobie pozwolić w kawiarniach pary heteroseksualne. Kto nie lubi, może nie wchodzić. Miejsce promocji książek na najprzeróżniejsze tematy, spektakle młodych ludzi, którzy nie mają gdzie się zrealizować - czasem świetne, czasem okropne - dyskusje, aukcje na rzecz schronisk dla zwierząt, a przede wszystkim miejsce żywe. Zabieranie miastu takich miejsc to zabijanie miasta - takie jest moje przekonanie.

Jeśli natomiast konieczna jest klasyfikacja człowieka jako lewego bądź prawego, to umówmy się, że moje poglądy idą zygzakiem. Do zobaczenia, Pani Marzeno, na wiecu przeciw gnębieniu zwierząt futerkowych i na spotkaniu pt. "Kobiety w biznesie" - piękne futra tam noszą.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Drogi samobójco!

WYSOKIE OBCASY nr 9 dodatek do Gazety Wyborczej nr 54, wydanie waw z dnia 04/03/2006 FELIETON, str. 10

Napisałeś do mnie wstrząsający list. Przepraszam, jeśli cię urażę, ale jak na samobójcę to normalne. Wszystkie listy samobójców są wstrząsające siłą rzeczy. A więc masz 17 lat i chcesz z tym skończyć, bo czujesz się Nikim (nie rozumiesz, co czytasz, nie umiesz zapamiętać najprostszych zdań, nie możesz się skupić, więc nic z ciebie nie będzie), a jednocześnie czujesz się Kimś, i to bardziej od innych, tylko wiesz, że nikt tego w tobie nie widzi i nie zobaczy. Walka Nikogo z Kimś toczy się od rana do rana i jesteś tym wykończony. Napięcie nie do zniesienia. "I niech mi nikt nie mówi, że wystarczy zmienić myślenie - ja to wiem i czuję, że sobie nie poradzę. Moje przeczucie jest silniejsze od waszych gadek. Ale w to i tak nikt nie uwierzy".

Ja wierzę. Nie istnieje prawdziwsza prawda od przeczucia. Żadna joga ani kursy terapeutyczne nie zatrą przeczucia. To jest ziarno prawdy. A więc masz rację. Po prostu sobie nie poradzisz. Walka Kogoś z Nikim będzie tylko narastała - raz zwycięży jeden, raz drugi - będziesz się porywał na rzeczy, które cię przerosną, wkrótce staniesz się pośmiewiskiem, a jednocześnie obiektem zazdrości. Zresztą ty przecież nie znajdziesz żadnej pracy, skoro nie możesz się skupić na kilku zdaniach. Będziesz się wałęsał po ulicach, aż skonasz z głodu, więc to wszystko na jedno wychodzi. Dlatego masz zamiar skoczyć z okna. Jak rozumiem, skoro jednak piszesz list, to może liczysz na radę lub pomoc. Proszę bardzo, oto moja rada. Zrób to. Naprawdę. Skocz z okna. Nie ma nic lepszego od skoku z okna. Mówię ci to z czystym sumieniem Ja. Twoja siostra. Samobójczyni. Tak, ja też kiedyś skoczyłam z okna. I co? Wiadomo co. Rozbiłam się o bruk i nie żyję. Popełniłam samobójstwo, skacząc z okna swojego mieszkania.

Miałam wtedy 16 lat. W moim pokoju pachniało obiadem, który robiła mama, w kuchni stukały garnki, słyszałam szum wody w łazience - to mój tata mył ręce przed jedzeniem. Siedziałam na krześle przodem do okna, za mną kręciła się mała chrypiąca płyta Beatlesów - "Yesterday", o ile pamiętam. Moje przeczucie nie spadło z zewnątrz - było czymś w rodzaju wewnętrznej fotografii - jakiegoś światła, obrazu przyszłości. Zawsze będę samotna. Nie dam sobie rady z codziennością. Jestem Nikim, ale mam siłę i wyobraźnię. Nie będę umiała jej użyć do końca. Będę obiektem plotek i zazdrości. Będę bezradna wobec ludzi. Wykończą mnie własne emocje.

Chyba nic już nie myślałam, kiedy podeszłam spokojnie do okna i otworzyłam je. Gramolenie się na parapet było trochę niezręczne, ale już potem, kiedy stałam w oknie, kiedy patrzyłam z góry na ulicę, poczułam spokój i siłę. Całe napięcie odeszło. Wiedziałam, że to, co chcę zrobić, ma głęboki sens i jest jedynym wyjściem. Pamiętam nawet gołębia, który chodził po chodniku. Podeszłam bliżej krawędzi, a moją ostatnią myślą przed skokiem było to, czy gołąb zdąży uciec, kiedy spadnę. Wtedy mama zawołała mnie na obiad. Miałam już jedną nogę na zewnątrz i gdyby ktoś z przechodniów podniósł głowę, pewnie by krzyknął. Stałam tak jeszcze kilka sekund, cofnięcie nogi nie było łatwe. Ciężar ciała już był po tamtej stronie.

Siedziałam przy stole, przyglądając się rodzicom. Jedli zupę jakby nigdy nic. Nie wiedzieli, że właściwie nie żyję i nigdy się nie dowiedzieli. Nikt zresztą tego nie zauważył... Tak więc, bracie samobójco, ja nie żyję od 16. roku życia. Przeżyłeś mnie o rok. A skoro nie żyję, mogę wszystko - mogę się ośmieszyć, pokazać słabość i siłę, przyjąć kary i nagrody, mogę powiedzieć, co myślę, mogę robić rzeczy, których bym nigdy w życiu nie zrobiła. A co z moim Wielkim Przeczuciem? Sprawdziło się co do każdego szczegółu. Nie patrz na zdjęcie. Jestem bardzo smutnym człowiekiem jak każdy samobójca. Ale też jako samobójczyni zrobiłam wiele rzeczy, na które nie odważyłabym się za życia. Wiele rzeczy, z których jestem dumna, czego i tobie życzę...

Skacz, a potem rób, co chcesz.

Żegnaj.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


W sprawie milczenia

WYSOKIE OBCASY nr 19 dodatek do Gazety Wyborczej nr 110, wydanie waw z dnia 12/05/2007 FELIETON, str. 12

[podpis] JOANNA SZCZEPKOWSKA

Widzieliście film "Wielka cisza"? A raczej - słyszeliście film "Wielka cisza"? Kiedy wychodziłam z kina, miasto uderzyło mnie w twarz. Dosłownie. Uderzyło mnie jazgotem, tupotem, wyciem, szuraniem, piskiem, trzaskaniem, warkotem, szumem, świstem, hukiem, paplaniem, krzykami, dzwonkami, oponami... A tylko kilka minut dzieliło mnie od przestrzeni "Wielkiej ciszy", gdzie miałam szczęście przebywać dzięki obrazowi życia zakonu kartuzów.

Jak dotąd o zakonie kartuzów wiedziałam niewiele, a w każdym razie nigdy nie poświęciłam czasu na zastanowienie się nad sensem i jakością życia w milczeniu. Życia poświęconego na samotniczy rozwój ducha i umysłu. Każdy człowiek ma chwilę tęsknoty za oddaleniem się od wszystkiego, co go otacza, za skupieniem - myśl o tym, czy nie zostać pustelnikiem prawdopodobnie przychodzi do głowy każdemu człowiekowi, tak jak często przychodzi do głowy myśl, czy nie pójść do kasyna. Ludzie prawdziwie powołani do pustelnictwa i kontemplacji zdarzają się rzadko, a może zresztą każdy człowiek jest do tego zdolny, tylko nie każdy chce i powinien izolować się od świata.

Ten film o wspólnocie milczących samotników jest swojego rodzaju prowokacją.

Taką samą prowokacją jak wystawa drastycznych zdjęć czy nie do końca zrozumiałych form artystycznych, które mają poruszyć naszą pewność, że świat, który znamy, jest taki, jakim go widzimy.

"Wierzymy, że tylko szukanie Boga nadaje sens naszemu życiu. Samotność jest odpowiedzią na Boże powołanie, aby spotkać Go osobiście. Wydawać by się mogło, że poddanie się takiemu wezwaniu przekracza ludzkie możliwości. Niemniej w dniu, w którym tak naprawdę znajdziemy się w Bożej obecności, odkryjemy nagle, że niemożliwy jest kontakt z Nim, jeśli nie upodobnimy się do Niego" - mówią "Rozważania kartuskie" i wszystko to można by rozumieć jako filozofię grona ludzi powołanych do życia w głębokiej wierze i temu tylko podporządkowanych. Ludzie, którzy spełniają się poprzez własny rozwój wewnętrzny, wyrzekając się akceptacji, która jest motorem większości naszych działań. Tylko że nam, zwykłym zjadaczom chleba, tacy ludzie kojarzą się z ponurymi odludkami, zdziwaczałymi poprzez izolację od postępu. A jednak bohaterowie "Wielkiej ciszy" to ludzie zaskakująco pogodni, to "prawdziwi mężczyźni" zdrowi na ciele i umyśle. I w tym właśnie tkwi sedno zaczepki - życie społeczne jest lekarstwem na samotność, efektem ubocznym jest wszechobecny chaos. Zapełnione kalendarzyki psychiatrów, psychoterapeutów. A na ekranie pogodna twarz w białym kapturze osłaniającym od świata. Twarz człowieka, który większość swojego życia przeżyje w milczeniu. Oczywiście wielu z nas żyje w samotności, wielu z nas większość dnia milczy - chodzi o to, że oni milczą zbiorowo. Żyją w milczącym społeczeństwie.

Czy chcę wstąpić do zakonu kartuzów? Nie (chociaż znalazłam w internecie żeński odpowiednik kartuzjańskiego życia), mnie tylko urzeka myśl o milczącym społeczeństwie. O milczącym rządzie. O milczącym Sejmie. O milczących mediach. Chociaż raz na tydzień. A może by... a może by urządzać milczące spotkania? Przyjęcia, na których nie pada ani jedno słowo? Może powstaną farmy milczenia, gdzie będziemy spędzać lato, spotykając się przy prostych pracach zapewniających podstawy życia?

"Ile zaś samotność i cisza pustelni niesie miłośnikom swoim pożytku i boskiej radości, wiedzą tylko ci, którzy tego doświadczyli" - twierdzą kartuzi.

No to do zobaczenia.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Ofiara przemocy

WYSOKIE OBCASY nr 36 dodatek do Gazety Wyborczej nr 211, wydanie waw z dnia 09/09/2006 FELIETON, str. 8

Zacznę bez wstępów. To jest trudne zwierzenie, ale już nie mam siły. Jestem bita. Jestem bita od wielu lat, a mój prześladowca dopada mnie w miejscach publicznych. Może po prostu opiszę ostatni przypadek. Szłam sobie ulicami pewnego miasta w jednej z jego najpiękniejszych dzielnic. Miałam czas, mogłam pochodzić, popatrzeć, postać i pomyśleć. No więc tak sobie szłam, poddając się urokowi maleńkich ulic i niezliczonych kawiarni i restauracji. Wreszcie weszłam do jednej z nich szczęśliwa, że jest tam pusto i cicho. Właścicielka natychmiast poderwała się na mój widok, ale zamiast podejść do mnie, wybiegła na zaplecze. Usiadłam przy niewielkim stoliku, oparłam się o stare krzesło i nagle... znowu mnie dopadł i uderzył. W głowę. Bez uprzedzenia To, co poczułam, to nie był tylko ból. To rodzaj porażenia, silny prąd, wstrząs całego organizmu, ciemność przed oczami. Dlatego dopiero po chwili mogłam zidentyfikować to coś, czym zostałam uderzona. Nic nowego. Jak zwykle tym czymś była tępa, rytmiczna, głośna muzyka. Każdy jej cios trafiał w środek głowy. Nade mną wisiał głośnik, z którego torturowano mnie czymś w rodzaju UMS UMS UMS. Jako osoba znokautowana wstałam od stolika z trudnością i tak trochę jakby za mgłą widziałam zdziwioną właścicielkę kawiarni, która nie rozumiała pewnie, czemu wpadłam na tak krótko. Kiedy zataczając się, szłam wąską uliczką, spotkałam pewnego uroczego starszego pana, którego nie widziałam od lat, a który najwyraźniej chciał sobie z kimś pogadać. Weszliśmy więc do kolejnej kawiarni, zamówiliśmy po kawie, starszy pan pochylił się ku mnie, bo nie słyszał najlepiej... I nagle trach! Dostaliśmy oboje. Tym razem tuż nad nami puszczono audycję z awanturą kilku polityków. Walili w nas na odlew to w jedno, to w drugie ucho. Przesiedzieliśmy przy kawie w posępnym milczeniu. Przed wyjazdem z tego miasta musiałam odwiedzić kilka sklepów. W każdym z nich rozsadzano mi czaszkę nachalnymi, głupawymi piosenkami. Chcąc dojechać do dworca, zatrzymałam taksówkę. Pierwszą rzeczą, którą zrobił taksówkarz po włączeniu silnika, było włączenie radia, które tłukło mnie po uszach równomiernie i rytmicznie wiązankami reklam. Kiedy wróciłam do domu, postanowiłam poszperać w internecie, żeby sprawdzić, jak dalece problem ogłuszania jest uznany za istotny. Jest uznany. Na temat hałasu jako problemu dla zdrowia zarówno fizycznego, jak i psychicznego napisano niezliczoną ilość artykułów. Powstają całe mapy hałasu, monitoringi hałasu w trosce o nasz narząd słuchu, ale większość dotyczy skutków ruchu ulicznego. Oto niektóre cytaty: "Hałas uszkadza struktury ucha wewnętrznego", "Narastające dźwięki powoli kruszą narząd słuchu i pozbawiają nas zdolności słyszenia hałasu", "Hałas jest przeważnie współwinny nadmiernych wahań ciśnienia krwi, wydzielania nadmiaru soków żołądkowych i nawet zaburzeń hormonalnych. Powoduje zarazem nadmiar napięć systemu nerwowego i psychicznego, zakłóca równowagę psychiczną, mnoży poczucie niepokoju, rozdrażnienia". Tak. Nasze uszy, hormony i ciśnienie są poddawane torturom. Ale czy ktoś zastanowił się nad tym, że sprawa sięga znacznie głębiej? Że pierwszym odruchem w pomieszczeniach publicznych jest spowodowanie zagłuszenia myśli i rozmów? Że jesteśmy pozbawiani indywidualności poprzez przymus wspólnego słuchania tych samych dźwięków? Gdybyśmy żyli w jakimś reżimie, można by wyobrazić sobie, że jest to działanie świadome. Po prostu niewolnik nie powinien myśleć, ogłusza się więc go dźwiękiem, tak jak upija się wódką. Ale w warunkach wolności - co leży u podstawy ogłuszania? Prawa rynku? Ale dlaczego klient głuchy i głupi jest lepszy od klienta zdolnego do wymiany zdań? Te i inne pytania proszę traktować jako rodzaj prośby. Bo przecież nie chodzi o zakazy. Nie o to, żeby wpisać do konstytucji zakaz tępej muzyki w miejscach publicznych. Nie. Chodzi tylko o to, żeby nie tłuc po głowie. Bo to po prostu strasznie boli.

PS Przedsiębiorczym radzę zająć się produkcją płyt z ciszą. Moim zdaniem pójdą jak woda.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Łobuz

WYSOKIE OBCASY nr 22 dodatek do Gazety Wyborczej nr 129, wydanie waw z dnia 03/06/2006 FELIETON , str. 9

Nie ma lepszego medium, lepszej gazety, telewizji, dokumentu, fabuły niż ulica. To, co się zdarza w ciągu dnia, jest często wypadkową klimatu społecznego, politycznego, gospodarczego całego kraju. Każde drobne zdarzenie może być przypowieścią. Na przykład to, którego byłam świadkiem niedawno, każe się zastanawiać nad granicami zła - jak ono może być postrzegane w środowiskach, w których panują indywidualne normy społeczne, własna moralność. Wydawałoby się na przykład, że są dzieci grzeczne i niegrzeczne - tak już jest. Są dzieci, które potrafią korzystać z przykładu rodziców, i takie, które nigdy się nie nauczą postępować według ich wskazówek.

- Jak mogłeś! Jak mogłeś! - mężczyzna trząsł tym chłopcem tak mocno, że małemu zsunął się z nogi but z poszarpanym sznurowadłem. Prawdopodobnie but rozwiązał się już w czasie ucieczki, kiedy chłopak biegł przez ulicę, roztrącając przechodniów. Może zresztą stało się to w czasie szarpaniny z grupką ludzi, którym udało się go złapać. Do ostatniej chwili nie dawał za wygraną, do ostatniej chwili próbował wyrwać się z rąk swoich sędziów, którzy zziajani gonitwą, czerwoni z wysiłku osaczyli go jak na polowaniu. Poszło o dwadzieścia złotych, które chłopak zwinął ze sklepowej lady.

- Jak zawodowy złodziej - szeptała mi do ucha kobieta, która była świadkiem zdarzenia, a teraz odłączyła się od grupki pościgowej.

- Leżało, proszę pani, dwadzieścia złotych na ladzie. On, proszę pani, wziął sobie z półki gazetę i położył na tę ladę. A trzymał w ręku coś ciężkiego, jakieś pudło chyba, i nagle upuścił to pudło, że niby mu spadło, i to z hukiem, no i przez ten huk wszyscy spojrzeli na dół, a on wtedy przykrył te dwadzieścia złotych gazetą, jak nikt nie widział, i myk myk, schował do kieszeni, a potem nagle jakby mu się odwidziało kupowanie gazety, poszedł szybko do drzwi, ale mąż stał przy drzwiach akurat i od razu go chwycił, bo mąż oko ma na takich, ale wyszarpnął mu się, no tośmy się wszyscy rzucili go gonić. Ale pani patrzy, jakie to sprytne, jak on to sobie wymyślił z tą gazetą jak jakiś iluzjonista w cyrku co najmniej.

Widziałam tę gonitwę. Chłopiec był drobny i bardzo zwinny, ale nie miał szans - ludzie, którzy go gonili, biegli z taką determinacją, jakby chodziło o dorobek życia. Wymierzanie sprawiedliwości najwyraźniej uskrzydla. Kiedy go wreszcie złapali, kiedy chłopak już wiedział, że się nie wymknie, przerażony, że czeka go samosąd, zaczął krzyczeć w kierunku mężczyzny, który stał na placu przed niewielką galerią.

- Tato! Tato!

- To twój ojciec? - pytali sędziowie. - No to niech się dowie, jakiego ma synka - i po chwili chłopak został doprowadzony do ojca, który patrzył na tę scenę purpurowy ze wstydu.

- Pana syn jest złodziejem - oznajmił ktoś z grupki.

- Mój syn nie jest złodziejem - odpowiedział mężczyzna, patrząc na chłopca z odcieniem pogardy.

- Otóż jest, proszę pana, chciał ukraść dwadzieścia złotych.

- A ukradł?

- Nie. Nie udało mu się.

- Jak nie ukradł, to nie jest złodziejem - odpowiedział mężczyzna i odszedł z synem w stronę parku. Szli obok siebie, nie mówiąc nic, a ja za nimi, bo właśnie przez park było mi po drodze. Kiedy zatrzymaliśmy się na pasach, ojciec wreszcie się odezwał.

- No i co? Jak się teraz czujesz?

Chłopak milczał boleśnie zawstydzony. - Przepraszam - mruknął.

- Jak mogłeś? - ciągnął ojciec. - Ja tego nie rozumiem. Jak mogłeś? - wyjął z kieszeni chusteczkę i otarł pot z czoła. To był ten rodzaj zdenerwowania, który nie wróżył nic dobrego. To jest początek, pomyślałam, i słusznie, bo kiedy tylko weszliśmy do parku, mężczyzna chwycił chłopaka za klapy kurtki i trząsł nim, powtarzając w kółko:

- Jak mogłeś! Jak mogłeś... Ty ofiaro! Jak mogłeś dać się złapać!


List do olimpijczyków

WYSOKIE OBCASY nr 13 dodatek do Gazety Wyborczej nr 75, wydanie waw z dnia 29/03/2008 FELIETON, str. 10

W trzecią pełnię po przesileniu letnim, w elejskim miesiącu Parthenios, Olimpia przyjmie zawodników i gości. Stanąć do Igrzysk ma prawo każdy Grek, wolno urodzony, nie splamiony zabójstwem, nie obciążony klątwą bogów. I wszystek świat powinien być wolny od zbrodni, bez zmazy krwi, nie zakłócony zgiełkiem broni, a najbardziej ziemia egejska i święty gaj Dzeusa, i czas, i miejsce igrzysk (...). Tymczasem na rynku wzburzyły się wspomnienia ostatniej olimpiady.

Wypadła w chwili, kiedy Kserkses przekroczył granicę Grecji (r. 480 p.n.e.). Ze Sparty i z Aten szły rozpaczliwe poselstwa o pomoc, nawoływano do wspólnej obrony, horyzont płonął pożarem. Ale dwie trzecie świata greckiego odgrodziły się od wojny swoimi górami i morzami, zabezpieczyły się przymierzem perskim, kilka państw wysłało do Olimpii zawodników i procesje jak w czasach niezakłóconego pokoju. W tym samym dniu, w którym nagi trup Leonidasa zawisł na krzyżu w otwartych na oścież Termopilach, w Olimpii wieńczono biegi i skoki.

(....) Te gryzące wspomnienia podawano sobie półgłosem, w oderwanych wyrazach. Tu i ówdzie gorętsze słowo oskarżało nikczemność ludzką (...). Nastawały momenty ciszy i głowy pochylały się bezradnie nad nie cofniętym grzechem minionego czasu".

(Jan Parandowski "Dysk olimpijski")

Najlepsi! Najpiękniejsi! Nieprzeciętni!

Ćwiczenie ciała nie jest aktem samym w sobie. Jest zalecane jako podstawa uzdrowienia psychicznego i duchowego. Bez takiego rozumienia zawodów sportowych bieg przez płotki niewiele różni się od wyścigu psów. Patrząc na Was, podziwiamy wytrwałość, determinację, pracę, talent. Podziwiamy zalety ducha, a jedną z tych zalet jest Wasza odwaga i wola walki. W przeciwnym wypadku sens miałoby powiedzenie "w zdrowym ciele zdrowe cielę". A przecież nie ma sensu. Decyzja o olimpiadzie w Chinach jest tak szokująca, że należy tylko wierzyć w jej głęboki, przewrotny sens. Bez tej decyzji bestialstwo, jakie tam ma miejsce, nie stałoby się nigdy "gorącym tematem mediów", nie byłoby przedmiotem dyskusji w każdym domu.

Olimpijczycy. Jeśli nawet zdołacie przeskoczyć najwyższe mury dzielące ulice od olimpijskiej wioski, nie zobaczycie tam niczego oprócz uśmiechniętych ludzi. Łamanie praw człowieka, tortury i wyroki śmierci odbywają się poza zasięgiem wzroku. Nawet stadion może mieć podziemia. Każdy bieg, każdy skok, każdy rzut oszczepem będzie obciążony tym kontekstem. Obserwowany bez czystej radości.

Każdy medal naznaczony - "made in China 2008". A jednak właśnie Wy powinniście tam jechać.

Najpiękniejsi, najlepsi, nieprzeciętni, młodzi. Zróbcie to, do czego przygotowujecie się przez całe życie: coś, czego nie zrobiłby przeciętny człowiek. Albo, co jeszcze lepsze, na oczach kamer nie zróbcie nic. Mój angielski nie jest wybitny, ale:

To the participants of the olympics in China

In the middle of the circle

In front of thousands of faces

In front of millions of eyes

Because of millions of heads

Just

Don't move your legs

Just stand still

Don't run

Put your hands down

Happy is the one who has a choice

now your body - is your voice

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Uwagi pod pracą domową

WYSOKIE OBCASY nr 3 dodatek do Gazety Wyborczej nr 16, wydanie waw z dnia 19/01/2008 FELIETON, str. 10

Ludzie! Ludzie! Co ja robię! Kalafiory po pięć gorszy sprzedaję - tak wołał handlarz ze starych opowiadań rodzinnych. Wołał jeszcze: - Ludzie, chodźcie wariata zobaczyć! Kalafiory po pięć groszy sprzedaję!

Gdyby dzisiaj pracował w reklamie, zarobiłby na takich pomysłach z pewnością więcej niż na kalafiorach.

Ludzie! Ludzie, co ja robię! Ja się zajmuję problemem odrabiania lekcji przez uczniów! Chcecie zobaczyć kogoś, kto sam, z nieprzymuszonej woli robi sobie wrogów z poważnej części społeczeństwa? A ponieważ, zaczynając ten tekst, nie mam pojęcia, do jakich wniosków dojdę, nie wiem, czy moi wrogowie to przyszłość narodu, czy ci, którzy decydują o wykształceniu przyszłości narodu. Tak źle i tak niedobrze.

Co to są lekcje domowe? To jest ugruntowanie materiału i sprawdzian zdobytej wiedzy. Inaczej mówiąc, sprawdzenie, czy to, co zostało powiedziane na lekcji, dotarło i da się zastosować w praktyce. I to jest w porządku. Każdy człowiek, który usłyszał coś ciekawego, powinien to przemyśleć na swój sposób. Chodzi tylko o to, że dorosły człowiek ma do wyboru, co chce przemyśleć. Jeśli tego samego dnia usłyszy, że kalafiory są po dziesięć, że ukradziono Picassa, że w Gwatemali ukazały się dinozaury, że wynaleziono nowe więźby dachowe, a pierwiastek z dwóch jest nieaktualny, może ugruntować sobie wiedzę na wybrany temat. W przeciwnym wypadku oszaleje.

Dziecko wraca z całym zestawem tematów do przemyślenia. I to nie jest w porządku.

Już słyszę najprostszy argument świata: "Zawsze tak było! I popatrz na mnie. Czy coś jest ze mną nie tak?". Patrzę. Jesteś nerwowy, masz anoreksję, depresję, lordozę, bezsenność, ADHD, czytasz bez zrozumienia, brak ci empatii, boisz się związków, a kiedy zapada cisza, włączasz cokolwiek, żeby ją zagłuszyć. Więc nie mów mi, że dzięki trzymaniu się tego, co było, wyrosłeś na ludzi. Najwyraźniej jesteśmy inni. Nowi. Czy to jest wynik ewolucji, fal od komórek, czy efektu cieplarnianego, nasze zmysły są inne niż kilkanaście lat temu i naprawdę wszystko trzeba przenicować.

Wracając do lekcji domowych. Jeśli są one "sprawdzianem" zrozumienia tego, co na lekcjach, to właściwie kto jest sprawdzany? Nauczyciel, jak sama nazwa wskazuje, jest od "nauczenia". Więc jeśli w domu ktoś nie umie, to znaczy, że nie został nauczony. Mnie się to wydaje logiczne. Może więc należy zadawać do domu, ile się da, z jedną tylko małą zmianą. Stopnie pod pracą domową - z podpisem i uwagami - uczniowie stawiają nauczycielom. Z całym należnym szacunkiem, oczywiście. Podaję kilka wzorów:

  1. "Proszę uprzejmie zwrócić uwagę na to, że wynik mojego zadania nie zgadza się z podanym na końcu książki. Oznacza to, że nieskuteczne było tłumaczenie rozwiązywania tego typu zadań. Wierzę głęboko, że w przyszłości wyniki nauczania będą pomyślne".
  2. "Zwracam uwagę, że moja praca jest pobieżna, a co więcej, ma cechy plagiatu. Ten karygodny fakt jest spowodowany brakiem uwagi na lekcji. Proszę o zastosowanie środków umożliwiających mi autentyczne zainteresowanie tematem".
  3. "Ze zdziwieniem odnotowuję, że ostatnie lekcje dają coraz gorsze rezultaty, czego dowodem niech będzie powyższa praca. Jest ona pod każdym względem poniżej poziomu, którego oczekiwałbym (-łabym) od wyników lekcji p. prof. Proszę to potraktować jako wyraz mojego zaangażowania i najlepszej woli".
  4. "Z żalem stwierdzam, że geneza sochy dwupolicowej, przeniesienie idei rylca rosochatego z sochy łopatkowej na radło dwurękojeźdźcowe typu podlasko-poleskiego wewnątrzrylcowe nie skupiła mojej uwagi do tego stopnia, żebym mógł (mogła) temat ten ująć w tabelki. Mam nadzieję, że ta uwaga nie wpłynie na samopoczucie pana prof. jako pedagoga i będzie tylko stopniem w rozwoju dalszej współpracy".
  5. "Z góry przepraszam za ostrość mojej wypowiedzi, ale sytuacja jest alarmująca. Ta pusta kartka oznacza brak pracy domowej z powodów wymagających gruntownej zmiany w podejściu do nauki. Otóż mając do wyboru wypracowanie na temat >>Rola słońca w powieściach Sienkiewicza<< i grę komputerową >>Śmiertelne łapy<

Żałosna i wzruszająca

 WYSOKIE OBCASY nr 20 dodatek do Gazety Wyborczej nr 114, wydanie waw z dnia 16/05/2009 FELIETON, str. 10

 I co? Nie przejdzie się do wieczności... - mężczyzna, który siedział w moim przedziale, patrzył na mnie znad okładki "Przekroju", na której narysowana była postać Kozakiewicza ze słynnym gestem. W tym numerze pismo umieściło swój ranking tzw. polskich gestów razem z własną oceną. Od "odważny" po "żałosny". Czytałam notkę pod "swoim" gestem zinterpretowanym przez "Przekrój" jako "żałosny". Uważam, że i tak dość późno się za mnie wzięli, prorokowano mi to już dawno, przygotowując na zjadliwość dziennikarzy, która w tym wypadku może być dotkliwsza niż za komuny. Wolność słowa też ma swoją cenę. Walka o zaistnienie granic nie ma. Mężczyzna, który patrzył na mnie znad okładki, też miał charakterystyczny wyraz twarzy - taki mają gapie patrzący na skazańców... - Może sobie pani poczyta? Nie przejdzie się do wieczności...

Oczywiście, że się nie przejdzie. Się zresztą wcale specjalnie nie pcha. Się powiedziało, co się chciało powiedzieć, i się żyje dalej. Się nie po to powiedziało, żeby się znaleźć w wieczności, tylko żeby się odetkało, co się miało odetkać. Zwykła umysłowa hydraulika. Się dobrze zna życie i się wie, że się będzie bagatelizowanym, bo kolejka do wieczności jest już uformowana i nie należy jej zaburzać. Się jest na to przygotowanym. Się uwielbia boczne tory. Się żyje, jeżdżąc po domach kultury w Polsce B. Się jest poetką na przecenie i się w tym pławi.

Wzięłam z rąk tego mężczyzny pismo, głównie po to, żeby już nie patrzeć na jego uśmiech podlany żółcią, i postanowiłam poczytać o innych gestach. Trochę zdziwiona dotarłam do fotografii Marii Curie-Skłodowskiej, bo też nie wykonała ona żadnego specjalnego gestu, a kiedy zobaczyłam pod spodem określenie "wzruszająca", miałam nadzieję, że po prostu litery plączą mi się już pod koniec jazdy. A jednak nie. Tak po prostu, z braku innego pomysłu, z konieczności zapełnienia miejsca postać Marii Curie została sprowadzona przez jakiegoś pismaka do "wzruszającej". Ta kobieta, która potraktowała życie jako zadanie, która spędziła je w toksycznym laboratorium, dokonując tam heroicznego wysiłku, łącząc to jednocześnie z prowadzeniem domu i wychowaniem dwóch córek, która skonstruowanym przez siebie ambulansem jeździła na front, organizując polowe stacje rentgenologiczne, świadoma, że stężenie promieni ją zabija... I która zginęła wreszcie jako ofiara własnych badań. A po latach... jakiś dupek, czy dupka, tak sobie po prostu podsumuje jej życie jako "wzruszające", bo mu pasuje do rankingu. Czy ta Curie zrobiła jakiś "gest"? Tak! Nazwała swoje odkrycie Polon na cześć Polski! A jeszcze Polon okazał się rakotwórczy! Super! Skojarzymy kobiecinę z rakiem i mamy cieniutką sugestię kolejnego polskiego obciachu!

A więc posłuchaj, lizuchu towarzyski. Mnie to możesz sobie użałośniać, ile ci się podoba. Ja się nie pcham do symbolu przemian. Jedno zdanie to za mało na taki zaszczyt. Mnie możesz splątywać z innymi nazwiskami, sugerując, że jeśli jakaś wartość, to tam. Ja się nie ścigam o symbole patriotyzmu, bo uważam, że nie w moich rejonach, nie wśród aktorek należy ich szukać. Mnie to możesz sobie zatapiać w pismach, w salonach, ile chcesz - ja jestem przyzwyczajona.

Ale od pani Marii wara. Wzruszająca to jest Marysia i krasnoludki.

A ty się podpisz przynajmniej pod notką, którą podsumowałeś jednym protekcjonalnym słowem, odrzucając takie określenia jak: "ryzykowny", "pracochłonny", "skuteczny". Ja wiem, że o gest nazwania Polonem chodzi, a nie o życie. Ale to życie akurat ma wymiar, który wymaga wiedzy, a nie szczypania rankingowego. Mnie to możesz sobie przygłupiać, bo tak wychodzi z rozdania. Ale jeśli jeszcze raz sprowadzisz panią Marię do wymiaru wzruszającej cioci, to po śmierci, z wieczności czy spoza wieczności, będę cię straszyć w czerwono-białej szacie, z każdego kąta i każdej nocy krzycząc w samo ucho, że 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


WYSOKIE OBCASY nr 18 dodatek do Gazety Wyborczej nr 102, wydanie waw z dnia 02/05/2009 FELIETON, str. 8

 - Dzień dobry, na ul. Tarnowską poproszę.

- Już jedziemy. Pani nietutejsza? Tak się dziwię, bo mało kto trafia na nasz postój. Widziała pani, że przed dworcem te złodzieje stoją, co by pani za nich zapłaciła więcej niż za podróż. A my za rogiem, niewidoczni, i nikt nie wie, że jesteśmy. Czasem myślę, jakby tabliczkę postawili, że taxi za rogiem, toby człowiek więcej zarobił, a tak to się stoi całymi dniami. No, ale co robić.

- Niech pan pójdzie do urzędu miasta, niech pan powie o tej tabliczce.

- Do tych złodziei? Co, stanę i powiem: zróbcie tabliczkę?

- Tak. Od tego są.

- Ci złodzieje? Kobieto naiwna. Oni tylko patrzą, gdzie co ukraść. Nic nie robią innego.

- Siedzą i nic nie robią?

- A jak. Siedzą i pierdzą tylko.

- Tak po prostu? Siedzą i pierdzą?

- I co zrobisz?

- No to może trzeba tam wezwać sanepid?

- Sanepid? Też złodzieje. Widziała pani kiedyś, żeby coś zrobili?

Nic nie robią. - Siedzą i pierdzą? - O, to dobrze pani powiedziała. Siedzą i pierdzą tylko.

- No to może trzeba wezwać do nich lekarza. Pogotowie...

- Pogotowie? Widziała pani, żeby kiedyś na czas przyjechało?

- Widziałam.

- To chyba fatamorganę. Oni tylko patrzą, żeby ktoś umarł. Czyta pani gazety? Ja czasem czytam, chociaż tych wszystkich dziennikarzy tobym powsadzał. Bzdury takie wypisują, że się niedobrze robi.

- Na przykład? Jakiś jeden przykład?

- A nie pamiętam. W ogóle z pamięcią u mnie kiepsko ostatnio, ale to od czasu, jak się taka rodzina przez ścianę wprowadziła - człowiek w uszy musi watę wsadzić, żeby nie słuchać, jak tych dzieciaków biją do zmordowania.

- To niech pan zadzwoni po policję. Nie wolno dręczyć dzieci.

- No tak! Jeszcze mi policji brakuje! Oni coś zrobią, już widzę!

- Siedzą i pierdzą?

- O, to pani dobrze powiedziała.

- To niech pan zadzwoni do telefonu zaufania dla ofiar przemocy. Oni powiedzą, co robić.

- Te telefony zaufania i inne charytatywy to wie pani, co to jest?

- Kupa złodziei? Siedzą i pierdzą?

- Mądra kobieta z pani. Mało jest mądrych teraz. Mam brata mądrego, ale się rozpił.

- Może spróbować leczenia. Nich pan z nim pogada. Są poradnie przeciwalkoholowe.

- Wie pani, kto najbardziej pije? Ci lekarze od alkoholików.

- No to trzeba napisać do izby lekarskiej albo do Ministerstwa Zdrowia. Tak nie może być. Najlepiej mailem. Trzeba napisać do gazet, do mediów, do programów interwencyjnych.

- Oni tam czytają! Wie pani, co robią w ministerstwach?

- Domyślam się.

- Zresztą nie mam pieniędzy na komputery. Człowiek nie zarobi w tym kącie. Mafia wszystko zastawiła, widziała pani sama. Jakby tabliczkę tam postawili...

- To nich pan idzie do urzędu miasta. Niech pan im da szansę. Zbierzcie się wszyscy taksówkarze i idźcie w sprawie tej tabliczki.

- Eee... oni tam pójdą... ci koledzy moi... oni tylko...

- Siedzą i pierdzą?

- Właśnie. Człowiek się dusi w tym gorącu jak w piekle. Pogoda wariuje. Co zrobić.

- Nie używać np. toreb plastikowych jak ta, którą pan ma na fotelu. Ekologowie...

- Takiej ściemy jak ekologia, za przeproszeniem, to daleko szukać. Tylko siedzą, pierdzą i forsę na naiwnych robią. Na pogodę to tylko Bóg poradzi. Chociaż Bóg też nic nie zrobi. Tylko patrzy na to złodziejstwo i...

- ...?

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Tak

 WYSOKIE OBCASY nr 13 dodatek do Gazety Wyborczej nr 74, wydanie waw z dnia 28/03/2009 FELIETON, str. 8

Napisała do mnie matka Piotra, mężczyzny, który od 20 lat jest bez kontaktu z otoczeniem. List jest krótki, co zrozumiałe przy jej obowiązkach i zmęczeniu, bo od 20 lat jej życie skupia się tylko na synu - nieruchomym, wpatrzonym w sufit, cierpiącym. List był napisany pod wpływem programu telewizyjnego, w którym inna matka zadeklarowała publicznie, że jest gotowa zrobić swojemu synowi śmiertelny zastrzyk. Kobieta, która do mnie napisała, nie jest w stanie tego zrozumieć. Jej życie, tak jak życie syna, jest naznaczone cierpieniem i przyjęła to jako formę istnienia nadaną przez Boga, którą musi przyjąć z pokorą. Samowolne zakończenie takiego życia uważa za zabójstwo. W referendum, gdyby takie ogłoszono, głosowałaby trzy razy na nie. Nigdy, w żadnej formie cierpienia nie zdecydowałaby się na skrócenie życia syna.

Droga Pani. Wspaniała kobieto, odważna matko. Nikomu to nawet nie przychodzi do głowy. W referendum, gdyby takie ogłoszono, głosowałabym raz, ale na tak. Ale mój wybór nie oznacza przecież, że nieuleczalne cierpienie, nawet nie do zniesienia, jest powodem do skrócenia życia. Samo słowo "eutanazja" brzmi w takim wypadku jak imię śmierci.

Ale nie chodzi o eutanazję. Chodzi o prawo do eutanazji, a to są dwie różne rzeczy.

W moim przekonaniu, choć brzmi to paradoksalnie, prawo do eutanazji może przedłużyć życie. Niech Pani pomyśli o ludziach, którzy w czasie okupacji chowali w zakamarkach ubrania fiolki z cyjankali. Były one poszukiwanym dobrodziejstwem i najlepszym prezentem, jaki można było ofiarować w śmiertelnym zagrożeniu. Czy ludzie z fiolkami cyjankali trzymali je po to, żeby umrzeć? Jestem przekonana, że śmiertelna dawka trucizny trzymana "na wszelki wypadek" pozwalała im przeżyć kolejny dzień znacznie lepiej. Nikt nie zastanawiał się nad moralnym aspektem tej sprawy, bo był on oczywisty - nadzieja własnego wyboru nieuchronnej chwili śmierci dodawała sił do życia.

Wybór życia w cierpieniu jest Pani wyborem. Czy taki jest wybór Pani syna, nie wiemy, ale pewnie tak, skoro jest to Pani syn. Trzeba mieć nadzieję, że jesteście podobni w odczuwaniu potrzeb i oboje równie silni w swojej słabości. Ale nie można nikomu nakazać takiej siły. Nakazać natomiast można silnemu, zdrowemu żołnierzowi, żeby szedł na pierwszą linię frontu. Po co? Żeby chronił nasze życie. Cała nasza kultura i wszystkie prymitywne instynkty podpowiadają nam, że moralnie i szlachetnie jest wysłać chłopca, który chce żyć, na wojnę w obronie terytorium albo innego zagrożenia. Istota zaatakowana musi się bronić, to jasne. Ale przecież nikt nie zaatakował fizycznie żołnierza, który musi stawić się w szeregu idących na front. Nakazują mu to prawa i dokumenty, począwszy od konstytucji. Nakazuje mu się to z całym błogosławieństwem w imię "wyższych wartości", które nie tylko przyzwalają na śmierć, ale tę śmierć ozdabiają orderami, utrwalają pomnikami, a ozdobne ceremonie pogrzebowe mają ukoić cierpienie matek i przypomnieć im, że syn zginął w słusznej sprawie, choć chciał żyć. Ta sama matka jednak nie może wysłać na śmierć syna, który żyć już nie chce i nie może, który prosi o śmierć. Poległy w takim cierpieniu nie dostanie błogosławieństwa ani orderu, bo umarł sam dla siebie, czyli swoją śmiercią nie przyniósł pożytku większości. Nikt nie przygląda się konaniu żołnierzy. Ich twarze nie mają zbliżeń na ekranie telewizora, nie znamy ich imion, nie śledzimy ich cierpienia z pierwszych stron gazet. To przecież żołnierze. Wystarczy jedno takie słowo, jedno słowo, żeby nasz stosunek do życia i do śmierci przestał być tak dramatyczny.

Eutanazja sama w sobie nigdy nie może przestać być moralnym problemem. Nie tylko manipulacja, ale też zwykła ludzka niecierpliwość może być przyczyną tragedii. Nie zmienia to faktu, że nasza świadomość zaczyna wyraźnie ewoluować w stronę obłaskawienia umierania. Nie umiemy jednak rozumieć ludzi naprawdę cierpiących, póki sami nie doznamy cierpienia i nie poznamy samych siebie w cierpieniu. Dlatego o cierpiących mogą decydować tylko oni sami. Nam, zdrowym, pozostaje techniczna strona formalności - zajmijmy się prawem do eutanazji.

Matko Piotra. To prawo nie zmieni Pani życia. Jestem natomiast przekonana, że pozwoli inaczej cierpieć innym.

JOANNA SZCZEPKOWSKA


Zapach trójkąta

WYSOKIE OBCASY nr 3 dodatek do Gazety Wyborczej nr 14, wydanie waw z dnia 17/01/2009 FELIETON, str. 6

Czy istnieje jeszcze seksualne tabu? Oczywiście, że tak. Rozpracowaliśmy seks chemicznie, fizycznie, psychologicznie, hetero- i homoseksualnie, wydawałoby się, że został obnażony, rozpoznany do ostatniego dreszczu megaorgazmu, że nie istnieje już zagadnienie, którego nie poruszyliśmy, zahamowanie, którego nie obgadaliśmy, i trudności, którym nie stawiliśmy czoła. A jednak... W całej tej powszechnej wiedzy brakuje istotnej cząstki seksualnego życia ogromnej grupy ludzi. Cała sprawa jest od lat ukrywana, powiedziałabym nawet, że wypierana z publicznej świadomości - i przez tych, którzy patrzą i nie widzą, i przez samych zainteresowanych. Skrzętnie ukrywamy fakt, że w życiu seksualnym wielu ludzi istotną rolę gra coś, czego rozmiary mogą być różne, coś przylegającego do ciała, coś ciepłego, włochatego, przybierającego formę kłębuszka albo walca, coś, co z przyjemnością posługuje się językiem i wykazuje szczególną czujność na każdy ruch w obrębie łóżka. Chodzi oczywiście o psa.

List pana Włodka jest naprawdę dramatyczny. Czuje się w nim gorycz i ból niespełnienia. Jak rozumiem, jestem jego adresatką z powodu tego, że pies odgrywa w moim życiu dużą rolę i mam odwagę o tym mówić. Pan Włodek miał szczęście poznać cudowną kobietę po przejściach i został przez nią zaproszony na kolację. Był pewny, że trafił na zalążek trwałego związku z kobietą, która pociąga go fizycznie. Pan Włodek nie miał nic przeciwko pieskowi, który przywitał go w drzwiach, ani przeciwko opowieściom o tym, że piesek ma telepatyczne zdolności i czuje, co ktoś pomyśli. Pan Włodek zadrżał dopiero wtedy, gdy przy herbacie piesek przyjrzał się obojgu i podreptał pod drzwi sypialni. Kiedy pani otworzyła mu pokój, pan Włodek zobaczył, jak pies wskakuje na łóżko i zachęcająco tarza się na materacu. W tej sytuacji pan Włodek nie zdecydował się nawet na całowanie. Wyszedł i cierpi. Nigdy w życiu nie miał psa.

Pana cierpienie, panie Włodku, jest poważne i nikt tego nie podważa. Dramat pierwszego zbliżenia kochanków, z których jedno jest właścicielem łóżka i psa, jest dramatem na miarę Szekspira. Podejmę się próby uświadomienia pana w tej seksualnie drażliwej sprawie. Najważniejsze, żeby pan nie miał złudzeń. Przy pierwszym zbliżeniu pies się dołączy. Będzie albo skakał na plecy, albo po całym łóżku, albo zacznie tarzać się obok was, wycierając grzbiet o poduszkę, co jest u psa wyrazem największego szczęścia. Tak będzie, jeśli oczywiście pies pana zaakceptuje.

Są, panie Włodku, psy, które ustalają porządek wchodzenia do łóżka. Najpierw pani, potem on, a na końcu pan, i to raczej z brzegu.

Pies układa się w nogach wielu małżeństw, często zmieniając miejsce - a to pomiędzy państwem, a to obok jednego z nich. Przeciągając się, wypiera go na sam brzeg łóżka, a czasem na podłogę.

Pies czyni pościel włochatą i przesiąkniętą psem. Są, panie Włodku, różne psy. Niektóre bronią właścicielki. Pies kładzie się obronnie obok pani, warczy i szczerzy kły. Wtedy wyjściem na ogół jest drugie łóżko i rezygnacja z pożycia. Taka jest, panie Włodku, tajemnica alkowy wielu małżeństw.

Są różne techniki seksualne. Niektóre małżeństwa próbują to robić tak, żeby nie zbudzić psa, a więc prawie bez ruchu. Nawiasem mówiąc, seks bez ruchu jest bardzo wysoko notowany jako gatunek sztuki. Tutaj jednak mówimy o seksie, w którym partnerzy skupieni są głównie na tym, żeby kołdra leżała jakby nigdy nic, nie budząc zaciekawienia psa.

Seks jest zakończony swoistą ulgą, że udało się przechytrzyć zwierzę. Panie Włodku, gdybym prowadziła w "Obcasach" rubrykę dobrych rad, tobym radziła odbyć z partnerką szczerą rozmowę, wezwać psychologa od psów itd. Ale nie prowadzę takiej rubryki i moja rada jest taka: niech pan się nie waha. Niech pan do nich dołączy. Tak wielu ludzi nie ma się do kogo przytulić, a pan ma aż dwie istoty. Jeśli pan dołączy, znajdzie się pan w uroczej mniejszości, która jak każda mniejszość ma wielką siłę. Nikt nas nie zrozumie tak, jak my rozumiemy siebie nawzajem. My, których chemia seksualna miesza się z zapachem psich łap. Nie opieraj się. Dołącz. Ci, których seks gwałtownie zszedł na psy, nigdy nie zostawią cię samego.

 

WYSOKIE OBCASY nr 48 dodatek do Gazety Wyborczej nr 291, wydanie waw z dnia 13/12/2008 FELIETON, str. 8

Ten chłopiec szedł wolno, jakby się nad czymś zastanawiał, aż dokładnie w połowie ekranu osunął się na ziemię. Po drodze, w tym krótkim czasie, kiedy go widziałam, kamera zdążyła jeszcze zobaczyć kilku takich jak on, już leżących na ziemi i pewnie już bez życia. Chłopiec miał ręce związane do tyłu, a jego sylwetka była trochę zgięta - być może poprzez to spętanie, być może przez strach albo w jakimś ostatnim obronnym odruchu, jakby miał nadzieję, że ochraniając twarz i brzuch, ochroni życie przed strzałem w tył głowy. Jego twarz przez te kilka sekund była widoczna tylko z profilu, ale i tak nie umiem zapomnieć zaciśniętych powiek i strugi potu, który spływał mu z czoła.

Chłopak miał nie więcej niż 18 lat i już nie będzie mieć więcej.

Krótka migawka reportażowa nie pokazała jego śmierci, tylko ostatnie sekundy konwoju, a kamera zaczepiła oko akurat na nim, a nie na kilku jego towarzyszach, którzy szli w tym samym niewielkim szeregu. Robił kilka ostatnich kroków w życiu i miał zamknięte oczy. Wyglądał trochę tak, jakby intensywnie próbował znaleźć w sobie jakąś myśl porządkującą to wszystko, jakby przełamując panikę, chciał na te ostatnie kilka sekund wydorośleć. Nie znam jego imienia ani narodowości. Nie pamiętam nawet okoliczności tego reportażu, zdaje się, że chodziło o zbrodnie Radovana Karadżicia w związku z jego procesem. Tysiące, setki tysięcy takich migawek dostarcza nam telewizja. Ujęcie za ujęciem, jak fotografie rzucane na stół jedna na drugą w poszukiwaniu najciekawszej. Migawka z tym chłopcem skazanym doraźnie na śmierć też miała być skazana na śmierć - jednodniowa kariera bezimiennego skazańca.

Żeby napisać ten tekst, odczekałam kilka miesięcy. Przez ten czas widziałam niejedną taką migawkę, niejeden wybuch na ulicy, zamach na przechodniów, atak terrorystów, ludzi na pokrwawionych noszach, patrzących ostatni raz w kamerę. Myślałam więc, że tamten chłopak zniknie mi z pamięci jak inne migawki. A jednak nie. Przynajmniej raz dziennie przechodzi mi przez głowę spocony, z zaciśniętymi oczami, nagle dorosły, próbujący zrozumieć samego siebie. Tyle ostatnio mówimy o pomnikach - że za dużo, zbyt symboliczne albo zbyt dosłowne...

Czy nie jest tak, że nasza pamięć, nasza podświadomość stawia czasem bezpłatny pomnik tylko na własny użytek? Myślę, że w moim wypadku właśnie to się stało. Nic nie mogę dla tego chłopca zrobić poza tym, żeby nie wyprzeć z pamięci tych jego ostatnich kroków. Żeby nie przyznać sobie prawa do beztroski, nie chcąc się narazić na częste pytanie: "A dlaczego pani taka smutna?".

Bywam smutna, bo noszę w sobie tego chłopaka i jego skupioną twarz. Zresztą nie zawsze bywam smutna. Przyjęłam ten obraz do siebie, żeby ten chłopak żył. Bo niezależnie od tego, że nic o nim nie wiem, jego ostatnią szansą była tamta kamera. I kiedy szedł z nią krok w krok, może przeszło mu przez myśl, że zostanie przynajmniej na taśmie. Ale migawki spadają z pamięci tak szybko jak każdy gorący reporterski temat. Często zastanawiam się, dlaczego właśnie on zatrzymał się na zawsze w mojej głowie. I wiem już na pewno, że nie chodzi mi o wstrząsający obraz zbrodni Karadżicia, nie o obraz ludobójstwa, który powinnam mieć w sobie jak każdy współczesny człowiek.

Ja nie chcę, żeby ten chłopiec stał się migawkowym symbolem. Mnie chodzi tylko o niego. O jego rodziców, pasję, dziewczynę, o jego piłkę, o jego rower. Nie chcę, nie umiem pogodzić się z tym, że on zginął. I nie uznaję szeregowości jego śmierci. Ja sobie jego śmierć wybrałam tak, jak wybiera się afrykańskie dziecko, którego adopcja na odległość jest skutecznym zaspokojeniem sumienia. Adoptuję obraz tego chłopca, obciążam się pamięcią o nim i smutkiem po nim. Czy pomnik musi być z kamienia? Czy nie możemy budować pomników ruchomych, ludzi z twarzą pozbawioną piętna geniuszu? Migawki filmowe na ekranach zawieszonych na murach miasta też mogłyby być pomnikami. A jeśli nie, to przynajmniej można budować je w głowie. Właściwie nawet budować nie trzeba. Wystarczy nie niszczyć.


Piasek ze szkła

 WYSOKIE OBCASY nr 1 dodatek do Gazety Wyborczej nr 2, wydanie waw z dnia 03/01/2009 FELIETON, str. 6

 Podobno człowiek wtedy jest na granicy normy psychicznej, kiedy zaczyna mu się wydawać, że nic wokół niego nie jest normalne. Jestem tuż przy tej granicy. "Pani w przedszkolu powiedziała, że szkło robi się z piasku. Nikt się nie śmiał. My wiemy, że pani tak musi mówić". To małe sprawozdanie z przedszkola cytuję często, może nawet do znudzenia, jako rewelacyjny skrót tego, co niosła ze sobą "komuna".

Tak zaczynał się mój felieton pt. "A` la". Po kilku dniach dostałam kilka listów, łagodnie mówiąc, przykrych. Napastliwość listów jest wliczona w koszta publikowania czegokolwiek i nie chodzi o to, żeby się wyżalać, lecz raczej właśnie o to, żeby się spierać. Odkąd oskarżono mnie o "elitaryzm" w związku z tym, że zacytowałam Barańczaka, każdą napaść przyjmę spokojnie i bez zdziwienia. Tu jednak chodzi o coś więcej niż o przyjemność dręczenia. Oto jeden z listów, jakie dostałam po felietonie "A` la".

"Moja uwaga dotyczy felietonu pani J. Szczepkowskiej w >>WO<< z dn. 29.11.2008. Pisze Pani: >>Pani w przedszkolu powiedziała, że szkło robi się z piasku...<<. Droga pani Joanno, pragnę Panią ustrzec przed dalszą kompromitacją Pani >>złotych<< myśli, które wywodzi Pani z przekonania (od czasów dziecinnych), że pani przedszkolanka oszukiwała dzieci, mówiąc, że szkło robi się z piasku. Sugeruje Pani, że przedszkolanki świadomie ogłupiały dzieci w nikczemny sposób, podając dzieciom nieprawdziwe informacje. No cóż, do tej tezy przykład ze szkłem jest nietrafiony. Otóż informuję Panią, że to jest prawda - szkło robi się właśnie z PIASKU KWARCOWEGO, który jest podstawowym składnikiem do produkcji (przeciętny absolwent szkoły średniej powinien o tym wiedzieć). Nigdy nie było mi po drodze z >>komuną<<. Jednak w tym swoim uproszczonym widzeniu świata jest Pani dziecinna, zaślepiona fanatyzmem - przez to mało wiarygodna. Ale taka Pani po prostu jest. Pozdrawiam, Leszek z Koszalina".

Ja też pozdrawiam i mam dla Pana dobrą wiadomość. Powoli wymiękam.

Po tym liście stałam się zdecydowanie bardziej dziecinna, krótko mówiąc, głupsza od wszystkich przedszkolaków i ich przedszkolanek, od szkła i piasku kwarcowego. Bo przecież to nie był jeden list. Dostałam nawet wzory chemiczne i opis technologii przerabiania piasku na szkło. Porady, żeby nie zajmować się sprawami, na których się nie znam, jak na przykład produkcja szkła. List od nauczycielki, która poświęciła całą lekcję wyprostowywaniu tego, co napisałam, w obawie, że jej uczniowie przeczytają. Możliwa jest nawet wycieczka do huty szkła.

Tak. Szkło robi się z piasku i nigdy nie było inaczej. Otóż w tej anegdocie chodzi o to, że pani przedszkolanka podała dzieciom informację prawdziwą, chociaż dziwną, i dzieci uznały to za informację nieprawdziwą podaną odgórnie przez władze przedszkolanki. Czy ja się jasno tłumaczę?

Jeszcze kilka lat temu anegdota ta była zabawna dla wszystkich, którzy jej wysłuchali - dla pisarzy i tramwajarzy, dla przedszkolanek i profesorów uniwersytetu. Nieuchwytny surrealizm zawarty w tym opowiadaniu był łapany z łatwością i kwitowany śmiechem. Co i kiedy się stało...? Tak. Ja bym chciała znać konkretną datę albo jakiś techniczny istotny powód, dla którego to przestało być jasne.

Plątanina fal w atmosferze? Telefony komórkowe? Hamburgery? Komputery? Czy można by to zbadać?

Czy już widoczna jest na jakichś wykresach ewolucja w stronę gorszego postrzegania na poziomie abstrakcyjnym? Czy światowe laboratoria coś wiedzą? Bo może po prostu naprawdę rozwijamy się w inną stronę. A jeśli dzieje się coś takiego, to co właściwie robić? Cytować dalej anegdotę o szkle z przeświadczeniem, że większość, czyli ci, którzy rozumieją, po prostu nie piszą listów? Czy cytować z odnośnikami wyjaśniającymi, jak poezję w podręcznikach szkolnych? Czy w ogóle nie cytować? Czy cytować z poczuciem misji jako męczennik od spraw niepojętych? Co robić? Pomóżcie, dobrzy ludzie, póki jeszcze tli wam się iskierka humoru, póki jeszcze nie stąpamy po piasku ze szkła.

PS Piasku ze szła nie ma na plażach. Chodzi tylko o to, że generalnie wszystko się zmienia.


Przechodzień

 WYSOKIE OBCASY nr 48 dodatek do Gazety Wyborczej nr 291, wydanie waw z dnia 13/12/2008 FELIETON, str. 8

 Ten chłopiec szedł wolno, jakby się nad czymś zastanawiał, aż dokładnie w połowie ekranu osunął się na ziemię. Po drodze, w tym krótkim czasie, kiedy go widziałam, kamera zdążyła jeszcze zobaczyć kilku takich jak on, już leżących na ziemi i pewnie już bez życia. Chłopiec miał ręce związane do tyłu, a jego sylwetka była trochę zgięta - być może poprzez to spętanie, być może przez strach albo w jakimś ostatnim obronnym odruchu, jakby miał nadzieję, że ochraniając twarz i brzuch, ochroni życie przed strzałem w tył głowy. Jego twarz przez te kilka sekund była widoczna tylko z profilu, ale i tak nie umiem zapomnieć zaciśniętych powiek i strugi potu, który spływał mu z czoła.

Chłopak miał nie więcej niż 18 lat i już nie będzie mieć więcej.

Krótka migawka reportażowa nie pokazała jego śmierci, tylko ostatnie sekundy konwoju, a kamera zaczepiła oko akurat na nim, a nie na kilku jego towarzyszach, którzy szli w tym samym niewielkim szeregu. Robił kilka ostatnich kroków w życiu i miał zamknięte oczy. Wyglądał trochę tak, jakby intensywnie próbował znaleźć w sobie jakąś myśl porządkującą to wszystko, jakby przełamując panikę, chciał na te ostatnie kilka sekund wydorośleć. Nie znam jego imienia ani narodowości. Nie pamiętam nawet okoliczności tego reportażu, zdaje się, że chodziło o zbrodnie Radovana Karadżicia w związku z jego procesem. Tysiące, setki tysięcy takich migawek dostarcza nam telewizja. Ujęcie za ujęciem, jak fotografie rzucane na stół jedna na drugą w poszukiwaniu najciekawszej. Migawka z tym chłopcem skazanym doraźnie na śmierć też miała być skazana na śmierć - jednodniowa kariera bezimiennego skazańca.

Żeby napisać ten tekst, odczekałam kilka miesięcy. Przez ten czas widziałam niejedną taką migawkę, niejeden wybuch na ulicy, zamach na przechodniów, atak terrorystów, ludzi na pokrwawionych noszach, patrzących ostatni raz w kamerę. Myślałam więc, że tamten chłopak zniknie mi z pamięci jak inne migawki. A jednak nie. Przynajmniej raz dziennie przechodzi mi przez głowę spocony, z zaciśniętymi oczami, nagle dorosły, próbujący zrozumieć samego siebie. Tyle ostatnio mówimy o pomnikach - że za dużo, zbyt symboliczne albo zbyt dosłowne...

Czy nie jest tak, że nasza pamięć, nasza podświadomość stawia czasem bezpłatny pomnik tylko na własny użytek? Myślę, że w moim wypadku właśnie to się stało. Nic nie mogę dla tego chłopca zrobić poza tym, żeby nie wyprzeć z pamięci tych jego ostatnich kroków. Żeby nie przyznać sobie prawa do beztroski, nie chcąc się narazić na częste pytanie: "A dlaczego pani taka smutna?".

Bywam smutna, bo noszę w sobie tego chłopaka i jego skupioną twarz. Zresztą nie zawsze bywam smutna. Przyjęłam ten obraz do siebie, żeby ten chłopak żył. Bo niezależnie od tego, że nic o nim nie wiem, jego ostatnią szansą była tamta kamera. I kiedy szedł z nią krok w krok, może przeszło mu przez myśl, że zostanie przynajmniej na taśmie. Ale migawki spadają z pamięci tak szybko jak każdy gorący reporterski temat. Często zastanawiam się, dlaczego właśnie on zatrzymał się na zawsze w mojej głowie. I wiem już na pewno, że nie chodzi mi o wstrząsający obraz zbrodni Karadżicia, nie o obraz ludobójstwa, który powinnam mieć w sobie jak każdy współczesny człowiek.

Ja nie chcę, żeby ten chłopiec stał się migawkowym symbolem. Mnie chodzi tylko o niego. O jego rodziców, pasję, dziewczynę, o jego piłkę, o jego rower. Nie chcę, nie umiem pogodzić się z tym, że on zginął. I nie uznaję szeregowości jego śmierci. Ja sobie jego śmierć wybrałam tak, jak wybiera się afrykańskie dziecko, którego adopcja na odległość jest skutecznym zaspokojeniem sumienia. Adoptuję obraz tego chłopca, obciążam się pamięcią o nim i smutkiem po nim. Czy pomnik musi być z kamienia? Czy nie możemy budować pomników ruchomych, ludzi z twarzą pozbawioną piętna geniuszu? Migawki filmowe na ekranach zawieszonych na murach miasta też mogłyby być pomnikami. A jeśli nie, to przynajmniej można budować je w głowie. Właściwie nawet budować nie trzeba. Wystarczy nie niszczyć.

Mhm


 WYSOKIE OBCASY nr 42 dodatek do Gazety Wyborczej nr 251, wydanie waw z dnia 25/10/2008 FELIETON, str. 8

 Wymawia się to tak: pierwsza głoska przedostaje się raczej przez nos i przypomina króciutkie mruknięcie. Nie angażujemy okolic gardła, tylko możliwości akustyczne wibracji nasady nosa, krótko zresztą, bo pierwsze "m" jest potrzebne na ułamek sekundy, raczej jako tłok do wypchnięcia strumyczka powietrza przy wymawianiu głoski "h". Przy "h" jak przy "m" nie angażujemy gardła ani warg. Głoska "h" jest raczej wydmuchiwana niż wypowiadana, tak jakbyśmy oczyszczali nos z niewielkiego kataru. Głoska "h" trwa równie krótko jak pierwsze "m", można powiedzieć, że przefruwa przez ułamek sekundy, żeby usiąść na dźwięku, do którego dążymy, a mianowicie do drugiego, przedłużonego "mmm". Warto dodać, że pierwsze zgłoski są wypowiadane beznamiętnie, bez żadnych modulacji - pierwsze jako mruknięcie, drugie jako westchnienie, ale żadna z nich nie ma melodii sugerującej jakiś stan bądź stosunek do rozmówcy. Cała siła leży w melodii drugiego, przedłużonego "mmm". Jego droga zaczyna się w okolicach nasady języka, angażuje receptory jamy ustnej, dźwięk rozlewa się jak rzeka w całej jamie ustnej, a potem wpływa do nosa, powodując wibrację nozdrzy. Dźwięk trwa dowolnie długo, ale melodia powinna iść zawsze ku górze, tak jak robimy to przy pytaniach. A więc jeśli przedłużoną głoskę "mmm" traktujemy jak kilka głosek "m" złączonych razem, to ostatnie "m" powinno być znacznie wyższe od pozostałych, mimo że intencją nie jest zadanie pytania. Wznosząca się melodia "m" ma na celu sugestię, że jesteśmy spokojni, współczujący i otwarci na rozmowę. Jeśli np. rozmówca mówi: "Pan powiedział, że ta sieć internetowa jest niezawodna, wykupiłam najdroższy abonament, a tu nic nie działa", odpowiadamy najpierw krótkimi "mhm, mhm, mhm", a potem długim "mhmmm...?" - dając do zrozumienia, że jesteśmy gotowi na dalsze żale. W trakcie dalszej przemowy wtrącamy "mhm..." z coraz większą częstotliwością.

Przykład:

- Mój internet nie działa ani w domu, ani w podróży, a miał działać...

- Mhm, mhm, mhm...

- ...przez co straciłam pieniądze, czas, pracę...

- Mhmmm...?

- A tak, pracę, ponieważ...

- Mhm, mhm, mhm...

- ...kilkakrotnie zawaliłam termin.

- Mhmmm...?

- Nie mówiąc już o dodatkowych kosztach telefonów takich jak ten.

- Mhm, mhm, mhm...

- Proszę mi powiedzieć, czy to nie jest czyste złodziejstwo?

- Mhmmm...?

Bardzo ważne jest, żeby modulacja głosu przy każdym "mhm" była identyczna. Mówiący nie może dać sygnału, że poza zrozumieniem poszczególnych słów ogarnia go jakiś rodzaj współczucia, i nawet jeśli usłyszymy: "Ja jestem bliska zawału, rozumie pan?", "mhm, mhmmmm..." nie może stracić spokojnej melodii. Jest to przecież właśnie uspokajacz, rodzaj terapii dźwiękowej, którą dysponuje człowiek zdrowy psychicznie w rozmowie z frustratem.

Kariera "mhm" jest oszałamiająca. Zastąpiło ono zbędny wysiłek tłumaczenia się z czegokolwiek.

I jakże to piękne! Czy tu ktoś jest arogancki? Czy polemizuje z nieuczciwością, choćby chodziło o jego własną nieuczciwość? Czy nie wykazuje pełnego zrozumienia dla przytłaczającej bezwzględności rynku wobec konsumenta? Czy nie jest otwarty na wysłuchanie bolączek i dramatów wynikających z tego, że jego rozmówca padł ofiarą oszustwa?

"Mhmmm" jest zaczerpnięte z najlepszych źródeł - było używane od wieków w rozmowach trudnych, na które ktoś decyduje się po latach w zwierzeniach, rozdrapywaniu zadawnionych blizn czy wyjawianiu grzechów. "Mhm" było przyzwoleniem na taką rozmowę - być wysłuchanym to przecież wielka ulga. Teraz "mhm" jak wszystkie świętości zostało przechwycone przez techniki manipulacyjne.

Ale dosyć żartów. Słuchajcie wszyscy, którzy posługujecie się "mhmmm". Jesteście rozszyfrowani. Poddajcie się. Manipulowanie za pomocą "mhm" będzie wychwytywane i karane z mocą prawa i z całą niesprawiedliwością. Na wszelkie monity i odwołania odpowiedź będzie krótka i zmieści się w trzech spokojnych głoskach, które są odpowiedzią na wszystko.


Do Kingi Preis

 WYSOKIE OBCASY nr 38 dodatek do Gazety Wyborczej nr 227, wydanie waw z dnia 27/09/2008 FELIETON, str. 8

 Kingo. Kiedy zobaczyłam wywiad z Tobą w "Wysokich Obcasach", odłożyłam lekturę na czas, gdy nic oprócz czytania nie zawróci mi głowy. Tylko lampa, herbata i rozmowa z aktorką, którą zachwycam się od lat, która zawsze mnie zaskakuje, która emanuje z ekranu czymś czystym i ludzkim nawet wtedy, kiedy gra szpetne dusze. Tytuł "Marzę o reklamie" trochę mnie zdziwił, ale gdybym była reklamodawcą, natychmiast po tym wywiadzie zaproponowałabym Ci reklamę czegokolwiek, bo przecież w reklamie o wiarygodność chodzi... "Skoro ona, taka wrażliwa, daje swoją twarz, to już naprawdę musi być dobre..." I wszystko byłoby super, gdybym nie doszła do ostatniego akapitu. "Irytuje mnie ta część środowiska, która wystąpienie w reklamie nazywa prostytucją. Pachnie mi to hipokryzją, zwłaszcza że ci najbardziej pryncypialni w końcu w reklamie lądują... Nie ma nic złego w zarabianiu pieniędzy".

Nigdy nie nazwałam tego prostytucją, ale trzy razy konsekwentnie odmówiłam reklamy, więc jako przedstawicielka hipokrytów muszę się nad tym zatrzymać. Gdybyś nazwała nas idealistami, konserwatystami, infantylnymi ciotkami rewolucji, które wygrażają parasolką, itd., itd. (wyobraźnia aż furczy od tego, jak można obśmiać takich, co mówią "nie" wielkim pieniądzom), byłoby OK. Masz prawo polemizować z tymi, którzy nie rozumieją znaków czasu, którzy być może po prostu ulegają fobiom, które należy im uświadomić. Reklama jest stara jak Nowy Świat, ale też dyskusja wokół komercji - "być czy mieć" - ma swoje lata i nie załatwi tego zdanie: "W zarabianiu pieniędzy nie ma nic złego". Zdaniem takim mogłaby się posłużyć również jedna Mariolka z luksusowego hotelu w Krakowie i miałaby rację, zwłaszcza że wychowuje samotnie dziecko i w ogóle jest urocza, a nawet przejmująca. Jednak zawód pani Mariolki starszy niż reklama jest i będzie moralnie dwuznaczny, i nie chciałabym doczekać czasów, kiedy stanie się jednoznaczny w tę lub inną stronę. Za wszystko się płaci - za zarabianie dużych pieniędzy też. Ja to widzę tak: sztuka to sztuka, handel to handel. Sztuka jest obszarem duchowej wolności. Jeśli reklamujesz towar swoją twarzą, to tym samym wchodzisz w całą siatkę prawną dotykającą konkurencji. A więc jeśli utożsamiasz się publicznie z jednym kefirem, to już nie wolno Ci się utożsamić z innym. Już jesteś ich. Trzy razy podchodzono mnie w sprawie reklamy i za każdym razem to "mieliby mnie" właśnie zadecydowało, że zarabiam tylko tym, co sama zrobię. Dziś podoba mi się takie auto, a jutro inne i mogę sobie tym zachwytem wytatuować całe ciało. Strasznie mnie ta "hipokryzja" ubodła. Hipokryta to ktoś nieszczery. Ale nieszczerość musi mieć jakiś cel. A jaki jest cel nieszczerości tych "niereklamujących"? Otóż niegranie w reklamach - że tak powiem, "publiczne niegranie", czyli jakiś sąd o tym - kosztuje znacznie więcej, niż myślisz.

To nie tylko utrata dużych pieniędzy, to także izolacja w środowisku.

Taki ktoś jest niewygodny, psuje humor zyskany w dobrobycie i w zdrowym stosunku do pieniądza. Takiego kogoś najchętniej widziałoby się, jak klęka przed reklamodawcą i błaga o drugi plan w reklamie. Takiego kogoś omija się z uśmieszkiem politowania jak każdego łagodnego wariata. Takiego kogoś po prostu się wymiksowuje, bo przeszkadza.

Kingo. Czy jeśli zagrasz w reklamie, staniesz się gorszą artystką? Ani trochę. Niegranie w reklamach też nie jest gwarancją rozwoju zawodowego. Więc o co chodzi? Chodzi o to, żeby się nie obrażać wzajemnie. Żeby robić swoje tak, jak się czuje, i nie nazywać się ani prostytutkami, ani hipokrytami. Tak jak Tobie "niereklamowanie" pachnie hipokryzją, tak komuś może reklama pachnieć czymś tak obcym, że się nie sprzeda nigdy i za żadną cenę. Różne są dziwadła na tym świecie. A swoją drogą, jaka ciekawa byłaby rola kobiety, która boryka się z życiem, stoi przed możliwością zarobienia w reklamie, a jednak nie robi tego. I nie wyobrażam sobie w takiej roli innej aktorki, bardziej wiarygodnej niż Ty, Kingo.


Jak kobieta z kobietą

WYSOKIE OBCASY nr 32 dodatek do Gazety Wyborczej nr 191, wydanie waw z dnia 16/08/2008 FELIETON, str. 8

 To było rok temu. Nigdy nie zwierzałam się z naszej miłości - Serge nie zniósłby szumu, który towarzyszy nawet najżyczliwszym plotkom, dlatego żyliśmy w cieniu, marząc o domu na osobności. Musiało minąć kilka lat, żebym zrozumiała, że można żyć i pracować, nie obijając się po mieście, nie cierpiąc z powodu toksyn wszechobecnej zawiści, że można po prostu kupić niewielki dom, z którego widać morze, i stąd wysyłać to, co wypracowało się wieczorami. Życie z cudzoziemcem nad polskim morzem też wydawało mi się czymś dziwacznym, dopóki nie otwarto granic.

- Jak mogliście jej to zrobić! - staliśmy na brzegu morza, za nami stał nasz nowy dom. - Jak możecie mówić o morzu "to". Morze jest kobietą. La mer... - dodał Serge z takim westchnieniem, jakby mówił o kochance. Rzeczywiście. Mówimy o morzu w rodzaju nijakim i nigdy nie przyszło mi do głowy, że jest kobietą. Dopiero teraz, kiedy...

- Wykąpiesz się? - zapytał Serge, zdejmując buty.

- Nie. U nas woda jest zimna. Bardzo zimna.

- Woda jest gorąca. Bardzo gorąca - odpowiedział Serge, wchodząc do morza jak lunatyk. Wtedy pierwszy raz spojrzałam na morze jak na kobietę. La mer była spokojna, przyjazna jak każda kobieta przy pierwszym spotkaniu, kiedy chce zawładnąć mężczyzną na dłużej. Była zimna jak lód, ale udawała gorącą tak dobrze, że Serge nie chciał słyszeć o wyjściu z wody.

- Ona jest groźna. Zimna i niebezpieczna - powiedziałam, ale Serge przy kolacji przez cały czas mówił o urodzie la mer i wzruszał ramionami, kiedy mówiłam:

- Jutro będzie sztorm. Ostrzegali w radiu.

- Nie będzie żadnego sztormu - spojrzał na mnie jak na żałośnie zazdrosną kobietę, a potem poszedł spać. Kiedy się obudziliśmy, la mer była piękna i spokojna. Serge wyszedł bez słowa, a ja zostałam, patrząc przez okno, jak zaczepiają go drobne fale, jak on tam się z nimi zaśmiewa. Spojrzałam w gazetę, gdzie wyraźnie zapowiadano sztorm. Ale w moim oknie widać było spokojną, radosną, zalotną wodę i szczęśliwego Serge'a. Kiedy wrócił do domu, padł na łóżko jak pijany. Nawet mi to odpowiadało, bo rano chciałam popisać, więc położyłam się do łóżka i zamknęłam oczy. I wtedy la mer pokazała prawdziwą twarz. Sztorm zaczął się nagle i był tak głośny, jakby zamontowano tu głośniki. Woda piętrzyła się takim hukiem, że nie mogłam zasnąć do rana. Suka. Kiedy kobiety walczą o mężczyznę, to jest to walka na śmierć i życie, i tak naprawdę nie o niego chodzi, tylko o smak zwycięstwa. Prawda, la mer? Obudziłam Serge'a i poszliśmy razem na plażę. Był zdziwiony, kiedy zażądałam miłości na piasku. Woda pociemniała, przycichła. Poczułam się na tyle silna, żeby popływać razem z Serge'em.

- Tak, milutka jest ta woda... - tyle zdążyłam powiedzieć, kiedy fala nas rozdzieliła i piasek zaczął osuwać mi się spod nóg. Serge nic nie widział i nie słyszał zajęty przeskakiwaniem fal. La mer ściągała mnie na dno jak magnes. Dziwka. Kiedy ostatkiem sił wyszłam na brzeg, nie oglądając się za siebie, wróciłam do domu i odtąd już tylko przez szybę patrzyłam, jak Serge wchodzi w la mer, chociaż sprawiało mu to coraz więcej trudu, bo ona przestała już udawać łagodną. Oczywiście, że mogłam sprzedać ten dom. Namówić Serge'a, żeby zamieszkał ze mną na przykład w górach. Jeszcze miałam nad nim tyle władzy, ale nie zrobiłam tego.

Pewnego dnia spakowałam walizkę i kiedy Serge tam z nią szalał, napisałam krótko: "Nie zobaczymy się już nigdy".

Tak, biedna la mer. Zostawiłam ci Serge'a, ponieważ jak każda kobieta też jestem nieprzewidywalnym żywiołem. Nie zniosę świadomości, że mieszkając ze mną w górach, będzie tęsknił za tobą. Zostawiam ci go po to, bo żyjąc przy tobie w poczuciu, że zawsze może spodziewać się sztormu, skrycie i rozpaczliwie będzie tęsknił za mną. Zostawiam cię sam na sam z mężczyzna mojego życia, bo przecież nie chodzi o niego. Słodki jest smak zemsty. My, kobiety, znamy się tak dobrze... Podrzucanie Serge'em od jednej fali do drugiej bez świadomości, że patrzę na to przez szybę, to już nie ta sama przyjemność. Prawda, la mer?


ikonę strzałki w gore niebieski25